poniedziałek, 17 września 2018

XXII



Napięcie było niemożliwe do zniesienia. A jednocześnie tak przyjemne, rozgrzewające od środka. Spowodowane niepewnością tego, co się stanie i czy coś w ogóle się stanie. Czy to zrobi? A może zaraz zaśmieje się tylko i odejdzie, kpiąc sobie z mojej prośby – czy raczej rozkazu. Pozostawała mi tylko ta świadomość celowości całego tego przedstawienia, o której kobieta nie miała pojęcia, przynajmniej jeszcze nie.
Przez moment, krótszy niż mgnienie oka, wyglądała na zdziwioną, może zszokowaną. Cóż, ciężko byłoby uniknąć takiej reakcji na to, co przed chwilą powiedziałem jeśli wziąć pod uwagę, że prawdopodobnie czuje w mojej obecności to samo, co ja w jej. A jednak ta reakcja szybko została zastąpiona czynem. Tak szybko, że aż odniosłem nieprzyjemne wrażenie, że zupełnie jej nie znam. Oczywiście, nie znałem jej tak naprawdę, ale wydawało mi się, że na podstawie naszych całych dwóch spotkań będę mógł przewidzieć choć tak podstawowy ruch.
Czy to co czułem... To naprawdę było poddenerwowanie? Mieszało się z ekscytacją i ciepłem buchającym gdzieś w brzuchu, płomieniem pożerającym mnie od środka w chwili, kiedy sprawa się przesądziła, a Lana szepnęła mi kilka słów prosto do ucha. Prawie nie zrozumiałem ich treści, choć doskonale je usłyszałem – zdaje się, że moje marne, ziemskie ciało było teraz nastawione na inne bodźce. Zanim oderwała się od tej części mojego ciała i przysłoniła świat swoją osobą, zdążyłem jeszcze wyłapać spojrzenie tamtej kobiety dwa stoliki dalej; zajęta rozmową i śmiechem z koleżankami, mogła teraz myśleć, jakie to bezwstydne i obrzydliwe, że zabieramy się do siebie publicznie, w loży tylko częściowo osłoniętej od innych gości baru. Uśmiech na wargach mógł służyć jako podziękowanie dla nieznajomej. Ale już go nie zobaczyła, zajęta na powrót rozmową.
A ja, ach, i tak już nie miałem na to czasu.
Dotyk Lany elektryzował tak mocno, że prawie czułem napięcie biegnące nerwami do mózgu. Aura pulsowała mi w głowie razem z szumem krwi, coraz głośniej i mocniej, szybciej, jak rytm wybijany miarowo na bębnach. Kłębiła się dookoła nas, mieszała, choć nigdy nie mogła naprawdę się połączyć i dotknąć. Ta najbardziej pierwotna, najbliższa naszej prawdziwej formie w zaświatach cząstka istnienia, którą symbolizowała aura była jednocześnie najlepiej wyczuwalnym elementem nadprzyrodzonym na ziemi. Jednocześnie nikt nie mógł jej dotknąć – nawet one między sobą, choć zdawały się mieszać, pozostawały odrębnymi tworami tańczącymi w jednym rytmie i nigdy nie mogącymi się zetknąć.
Aura była tym, czym zostaliśmy stworzeni. Symbolizowała istoty nadprzyrodzone. I nie można jej było od siebie odciąć, w odróżnieniu od skrzydeł, rogów, kopyt i wszystkich innych atrybutów, które na Ziemi znikały.
Aż do ostatnich chwili patrzyłem w jej twarz, spod lekko przymkniętych powiek, czując swój śmiesznie płytki oddech – ta atmosfera wyciskała powietrze z płuc i nie pozwalała nabrać go więcej – i zapach jej ciała, włosów, a na sam koniec również i smak ust. Kiedy te się złączyły tak nieśmiało, tak delikatnie na początku, pod zamkniętymi już powiekami eksplodowała mi cała gama kolorów i czułem, jak bardzo mnie to podnieca. Nieśmiały pocałunek zmienił się w bardziej dziki i pierwotny, choć nie potrafiłem powiedzieć kiedy. Właściwie nic już się nie liczyło, byliśmy poza miejscem i czasem, na moment czułem tylko swoją i jej aurę, a te otoczyły nas ścisłym pierścieniem, izolując od otoczenia. Odpowiadałem na każdy jej ruch bez namysłu, śmiało pogłębiając pocałunek.
W chwili, w której się ode mnie odsunęła zwróciłem uwagę, że nade mną klęczy, a moje dłonie znajdują się na wysokości jej lędźwi.
W chwili, w której się ode mnie odsunęła zdałem sobie sprawę, że nigdy nie powinniśmy byli tego robić.
Choć wcześniej uśmiechałem się cwaniacko i sam przecież to wszystko zacząłem w swojej pysze, teraz wyraz mojej twarzy musiał być poważny, nieruchomy, zastygły. Po co to zacząłem? Nie mogłem spodziewać się, że to uderzy mnie aż tak mocno, że wyciśnie takie piętno. Robiłem to pochopnie. Miałem tyle lat i doświadczenia, a i tak, do kurwy nędzy, robiłem tak głupie rzeczy. Miałem ochotę warczeć, wrzeszczeć, poczuć smak krwi na języku i ból, coś rozpierdolić, z kimś się pobić i zakatować go na śmierć. Dlaczego tego zatem nie robiłem?
Na moich kolanach siedziała Lana Gold. Tylko i aż dlatego.
— Wyjaśnienia? Proszę bardzo; to był tylko idiotyczny żart — odpowiedziałem wreszcie, kiedy cisza między nami, nie gasnąca ani nie tracąca na znaczeniu w gwarze i huku baru zaczęła piszczeć mi w uszach. Spojrzenie wbite miałem w jej wargi, a po tych słowach przeniosłem je gdzieś w bok, na obicie miękkiej kanapy loży. — Sądziłem po prostu, że tego nie zrobisz. A może chciałem cię sprawdzić i teraz już wiem. Kurwa, już wiem.
Zacisnąłem zęby. Nie patrzyłem na nią, a jednak nie opuściłem dłoni ani nie zepchnąłem jej z kolan. Mogłem to zrobić. Pewnie chciałem. Ale trwałem bez ruchu.
— I jak widać padłem ofiarą tego swojego żartu. Teraz już nawet nie dostanę darmowego drinka. — Choć było to raczej zabawne, że nawiązywałem do jej słów sprzed chwili, na mojej twarzy i w emocjach nie pojawiło się nic, co mogłoby świadczyć o rozbawieniu.
Słowa o bliskości podziałały natomiast jak katalizator. Znów na nią popatrzyłem, z chłodem w oczach i z gorącymi dłońmi, które znalazły się teraz na jej biodrach i mocniej przycisnęły ją do mnie.
— Nie wystarczy — szepnąłem, lekko mrużąc przy tym oczy. — Ty najwyraźniej też padłaś jego ofiarą. Teraz, do cholery, pragnę cię jeszcze bardziej.

@GT - Tyler