Napięcie było
niemożliwe do zniesienia. A jednocześnie tak przyjemne, rozgrzewające od
środka. Spowodowane niepewnością tego, co się stanie i czy coś w ogóle się
stanie. Czy to zrobi? A może zaraz zaśmieje się tylko i odejdzie, kpiąc sobie z
mojej prośby – czy raczej rozkazu. Pozostawała mi tylko ta świadomość celowości
całego tego przedstawienia, o której kobieta nie miała pojęcia, przynajmniej jeszcze
nie.
Przez moment, krótszy
niż mgnienie oka, wyglądała na zdziwioną, może zszokowaną. Cóż, ciężko byłoby
uniknąć takiej reakcji na to, co przed chwilą powiedziałem jeśli wziąć pod
uwagę, że prawdopodobnie czuje w mojej obecności to samo, co ja w jej. A jednak
ta reakcja szybko została zastąpiona czynem. Tak szybko, że aż odniosłem
nieprzyjemne wrażenie, że zupełnie jej nie znam. Oczywiście, nie znałem jej tak
naprawdę, ale wydawało mi się, że na
podstawie naszych całych dwóch spotkań będę mógł przewidzieć choć tak
podstawowy ruch.
Czy to co czułem...
To naprawdę było poddenerwowanie? Mieszało się z ekscytacją i ciepłem
buchającym gdzieś w brzuchu, płomieniem pożerającym mnie od środka w chwili,
kiedy sprawa się przesądziła, a Lana szepnęła mi kilka słów prosto do ucha.
Prawie nie zrozumiałem ich treści, choć doskonale je usłyszałem – zdaje się, że
moje marne, ziemskie ciało było teraz nastawione na inne bodźce. Zanim oderwała
się od tej części mojego ciała i przysłoniła świat swoją osobą, zdążyłem
jeszcze wyłapać spojrzenie tamtej kobiety dwa stoliki dalej; zajęta rozmową i
śmiechem z koleżankami, mogła teraz myśleć, jakie to bezwstydne i obrzydliwe,
że zabieramy się do siebie publicznie, w loży tylko częściowo osłoniętej od
innych gości baru. Uśmiech na wargach mógł służyć jako podziękowanie dla
nieznajomej. Ale już go nie zobaczyła, zajęta na powrót rozmową.
A ja, ach, i tak już
nie miałem na to czasu.
Dotyk Lany elektryzował
tak mocno, że prawie czułem napięcie biegnące nerwami do mózgu. Aura pulsowała
mi w głowie razem z szumem krwi, coraz głośniej i mocniej, szybciej, jak rytm wybijany
miarowo na bębnach. Kłębiła się dookoła nas, mieszała, choć nigdy nie mogła
naprawdę się połączyć i dotknąć. Ta najbardziej pierwotna, najbliższa naszej
prawdziwej formie w zaświatach cząstka istnienia, którą symbolizowała aura była
jednocześnie najlepiej wyczuwalnym elementem nadprzyrodzonym na ziemi. Jednocześnie
nikt nie mógł jej dotknąć – nawet one między sobą, choć zdawały się mieszać,
pozostawały odrębnymi tworami tańczącymi w jednym rytmie i nigdy nie mogącymi
się zetknąć.
Aura była tym, czym
zostaliśmy stworzeni. Symbolizowała istoty nadprzyrodzone. I nie można jej było
od siebie odciąć, w odróżnieniu od skrzydeł, rogów, kopyt i wszystkich innych
atrybutów, które na Ziemi znikały.
Aż do ostatnich chwili
patrzyłem w jej twarz, spod lekko przymkniętych powiek, czując swój śmiesznie płytki
oddech – ta atmosfera wyciskała powietrze z płuc i nie pozwalała nabrać go
więcej – i zapach jej ciała, włosów, a na sam koniec również i smak ust. Kiedy
te się złączyły tak nieśmiało, tak delikatnie na początku, pod zamkniętymi już
powiekami eksplodowała mi cała gama kolorów i czułem, jak bardzo mnie to
podnieca. Nieśmiały pocałunek zmienił się w bardziej dziki i pierwotny, choć
nie potrafiłem powiedzieć kiedy. Właściwie nic już się nie liczyło, byliśmy
poza miejscem i czasem, na moment czułem tylko swoją i jej aurę, a te otoczyły
nas ścisłym pierścieniem, izolując od otoczenia. Odpowiadałem na każdy jej ruch
bez namysłu, śmiało pogłębiając pocałunek.
W chwili, w której
się ode mnie odsunęła zwróciłem uwagę, że nade mną klęczy, a moje dłonie
znajdują się na wysokości jej lędźwi.
W chwili, w której
się ode mnie odsunęła zdałem sobie sprawę, że nigdy nie powinniśmy byli tego
robić.
Choć wcześniej
uśmiechałem się cwaniacko i sam przecież to wszystko zacząłem w swojej pysze,
teraz wyraz mojej twarzy musiał być poważny, nieruchomy, zastygły. Po co to
zacząłem? Nie mogłem spodziewać się, że to uderzy mnie aż tak mocno, że
wyciśnie takie piętno. Robiłem to pochopnie. Miałem tyle lat i doświadczenia, a
i tak, do kurwy nędzy, robiłem tak głupie rzeczy. Miałem ochotę warczeć,
wrzeszczeć, poczuć smak krwi na języku i ból, coś rozpierdolić, z kimś się
pobić i zakatować go na śmierć. Dlaczego tego zatem nie robiłem?
Na moich kolanach
siedziała Lana Gold. Tylko i aż dlatego.
— Wyjaśnienia? Proszę
bardzo; to był tylko idiotyczny żart — odpowiedziałem wreszcie, kiedy cisza
między nami, nie gasnąca ani nie tracąca na znaczeniu w gwarze i huku baru
zaczęła piszczeć mi w uszach. Spojrzenie wbite miałem w jej wargi, a po tych
słowach przeniosłem je gdzieś w bok, na obicie miękkiej kanapy loży. — Sądziłem
po prostu, że tego nie zrobisz. A może chciałem cię sprawdzić i teraz już wiem.
Kurwa, już wiem.
Zacisnąłem zęby. Nie
patrzyłem na nią, a jednak nie opuściłem dłoni ani nie zepchnąłem jej z kolan.
Mogłem to zrobić. Pewnie chciałem. Ale trwałem bez ruchu.
— I jak widać padłem
ofiarą tego swojego żartu. Teraz już nawet nie dostanę darmowego drinka. — Choć
było to raczej zabawne, że nawiązywałem do jej słów sprzed chwili, na mojej
twarzy i w emocjach nie pojawiło się nic, co mogłoby świadczyć o rozbawieniu.
Słowa o bliskości
podziałały natomiast jak katalizator. Znów na nią popatrzyłem, z chłodem w
oczach i z gorącymi dłońmi, które znalazły się teraz na jej biodrach i mocniej
przycisnęły ją do mnie.
— Nie wystarczy —
szepnąłem, lekko mrużąc przy tym oczy. — Ty najwyraźniej też padłaś jego
ofiarą. Teraz, do cholery, pragnę cię jeszcze bardziej.
