Wszystko, co wydarzyło się od momentu przekroczenia przeze mnie
progu tego baru było groteskowe, przerysowane i zbyt mocne, za bardzo
aromatyczne. A z każdą chwilą zdawało się takie tylko coraz bardziej.
W tych pocałunkach, w których byliśmy droczącymi się ze sobą,
zauroczonymi głupcami nie zważającymi na nic i nikogo innego. W drobnych,
uroczych pieszczotach przeznaczonych dla ludzi, a nie dla Aniołów. W słowach na
pograniczu uwielbiania i groźby, splecione w jedną, egzotyczną formę przekazu.
W bliskości i oddaleniu, we wręcz czułym objęciu zmieniającym się w godne
pozazdroszczenia pożądliwe obłapianie. W oddechach muskających skórę. I
kolejnych słowach przesuwających wszelkie granice rozsądku z minuty na minutę
coraz dalej w ten sposób, że nagle wydało się, że wszystko jest możliwe:
rzucenie się w wir pożądania, wynajęcie pokoju albo szybki numerek za barem
tylko po to, żeby spełnić to palące pragnienie. Albo podanie jej swojego
imienia. Prawdziwego imienia.
Przerażającym odkryciem okazała się ta jedna myśl, która padła
trochę zbyt szybko w moim umyśle. Nie mógłbym być tak łatwowierny. Mógłbym?
Przymknąłem powieki i odchyliłem lekko głowę, moje włosy spłynęły
do tyłu w chwili, w której po moim ciele przebiegł przyjemny dreszcz pożądania
jako reakcja na jej kolejne zbliżenie i czuły gest w okolicach szyi. Po raz
kolejny połączony z czymś, co dalekie było od wyznań kochanków. I może dlatego
znów spowodował ten niebezpieczny, pełen zadowolenia uśmiech na mojej twarzy;
ten, który od samego początku.
Czułem, że mimowolnie za mocno reaguję, wpadam w skrajne
emocje – raz zimny jak lód po to, żeby po chwili być gorącym niczym piekielny
ogień. Wiedziałem o tym, ale w tej chwili nic z tym nie zrobiłem. Były
ważniejsze kwestie. Lana... To imię powodowało tylko nieprzyjemnie swędzącą
myśl na tyle świadomości; myśl, której nie potrafiłem uchwycić, jakieś
nieistniejące wspomnienie, drażniące uczucie déjà vu. Ale czy chodziło o jej fałszywe, ziemskie imię? Raczej nie.
Spotkałem już tyle kobiet o tym imieniu, a żadna z nich nie była taka. Mimo usilnych wysiłków, w których
Lana skutecznie mi przeszkadzała, nie mogłem dojść do żadnych wniosków w tym temacie.
— To nie będzie konieczne. Myślę, że się zorientuje bez
pozdrowienia imiennego — odpowiedziałem, lekko przy tym podnosząc górną wargę i
marszcząc delikatnie nos. — Ile z nas jest na tyle bezczelnych, żeby pozdrawiać
go z ziemi, przez jego sługę, którego wnętrza ud grzeją moje biodra? — dodałem
w chwili, w której kobieta właśnie siadała na miejscu obok mnie, pozostawiając
we wspomnianym miejscu tylko chłód i rozczarowanie.
Mimo to nie zrobiłem nic, żeby ją powstrzymać, a gra
toczyła się dalej. Najwyraźniej Lana zaczynała dobrze się bawić, również ją
prowadząc trochę bardziej po swojemu, powodując we mnie zaciekawienie. To, co
czułem, nie było normalne. Nie było naturalne. Ani zdrowe. Nigdy nie powinno
było się wydarzyć.
Niestety, głos rozsądku był teraz tylko piskliwym, żałosnym
krzykiem z tyłu głowy, który był skutecznie zagłuszany przez wrzask dobrej zabawy,
ekscytacji Anielicą i pożądania. Czyli wszystkiego, co tworzyło że ja byłem
mną.
Uniosłem lekko brwi na dźwięk jej wyznania, ale zanim
odpowiedziałem logicznymi argumentami na jej wyzywające stwierdzenie,
lekceważąco machnąłem na kelnera i zamówiłem to samo, co wcześniej; w tej
chwili nawet nie potrafiłem sobie dokładnie przypomnieć co piłem jeszcze
kilkanaście minut temu.
— Widzę — odezwałem się wreszcie w chwili, w której kelner
się oddalił z moim zamówieniem i znów zostaliśmy sami. — Że szybko się uczysz —
dodałem w kwestii wyjaśnienia, zerkając na nią tylko kątem oka, podczas gdy
spojrzeniem błądziłem bez celu po sali. — Wczoraj wydawałaś się tylko
przestraszonym stworzeniem, uciekającym na dźwięk nawet najmniejszego
zagrożenia... A dzisiaj jesteś drapieżnikiem i „nie byle jakim” aniołem. A mimo
to wciąż wraca do mnie to jedno pytanie. Przed kim uciekasz, Lano? — zapytałem
poważnie i skupiłem całe spojrzenie prosto w jej oczach. Wątpiłem, żeby to ją
speszyło, ale próbować mogłem; ba, co więcej, zamierzałem. — Nie przede mną, to
jasne i dlatego...
Przerwałem i odczekałem chwilę, aż kelner postawi drinka na
stole. W ogóle na niego nie patrzyłem ani nie podziękowałem, że załatwił sprawę
tak szybko.
— Pomińmy kwestie imienne, proszę — podjąłem po chwili. —
Dobrze wiemy, że oboje nie zamierzamy zdradzić tak cennej informacji zupełnie
obcej, przypadkowej — kłamstwo; oczywiste kłamstwo — osobie. Ale ty masz problem. Masz, prawda? Ja też mam,
tak się nieszczęśliwie złożyło. Może uda nam się jakoś porozumieć? — zapytałem, jednocześnie
unosząc kąciki ust, ale ten uśmiech nie dosięgnął tym razem oczu.
Wzruszyłem ramionami i sięgnąłem po drinka.
— I nie kłam tak więcej — zawiesiłem głos, lekko zmrużyłem
oczy. — Bo wy, Anioły, nie żyjecie dla siebie. Nie mów, że nie jesteś niczyją
własnością skoro ciałem i umysłem całkowicie należysz do Ojca. To brzmi
okropnie heretycko i każe mi poddawać w wątpliwość twoją przydatność jako
tropiciela.
Po tych słowach pociągnąłem długi łyk ze szklanki, który
przyjemnie zapiekł mnie w przełyku i na dnie żołądka. Ten drink był wyraźnie mocniejszy.
