sobota, 10 listopada 2018

XXVI



Wszystko, co wydarzyło się od momentu przekroczenia przeze mnie progu tego baru było groteskowe, przerysowane i zbyt mocne, za bardzo aromatyczne. A z każdą chwilą zdawało się takie tylko coraz bardziej.
W tych pocałunkach, w których byliśmy droczącymi się ze sobą, zauroczonymi głupcami nie zważającymi na nic i nikogo innego. W drobnych, uroczych pieszczotach przeznaczonych dla ludzi, a nie dla Aniołów. W słowach na pograniczu uwielbiania i groźby, splecione w jedną, egzotyczną formę przekazu. W bliskości i oddaleniu, we wręcz czułym objęciu zmieniającym się w godne pozazdroszczenia pożądliwe obłapianie. W oddechach muskających skórę. I kolejnych słowach przesuwających wszelkie granice rozsądku z minuty na minutę coraz dalej w ten sposób, że nagle wydało się, że wszystko jest możliwe: rzucenie się w wir pożądania, wynajęcie pokoju albo szybki numerek za barem tylko po to, żeby spełnić to palące pragnienie. Albo podanie jej swojego imienia. Prawdziwego imienia.
Przerażającym odkryciem okazała się ta jedna myśl, która padła trochę zbyt szybko w moim umyśle. Nie mógłbym być tak łatwowierny. Mógłbym?
Przymknąłem powieki i odchyliłem lekko głowę, moje włosy spłynęły do tyłu w chwili, w której po moim ciele przebiegł przyjemny dreszcz pożądania jako reakcja na jej kolejne zbliżenie i czuły gest w okolicach szyi. Po raz kolejny połączony z czymś, co dalekie było od wyznań kochanków. I może dlatego znów spowodował ten niebezpieczny, pełen zadowolenia uśmiech na mojej twarzy; ten, który od samego początku.
Czułem, że mimowolnie za mocno reaguję, wpadam w skrajne emocje – raz zimny jak lód po to, żeby po chwili być gorącym niczym piekielny ogień. Wiedziałem o tym, ale w tej chwili nic z tym nie zrobiłem. Były ważniejsze kwestie. Lana... To imię powodowało tylko nieprzyjemnie swędzącą myśl na tyle świadomości; myśl, której nie potrafiłem uchwycić, jakieś nieistniejące wspomnienie, drażniące uczucie déjà vu. Ale czy chodziło o jej fałszywe, ziemskie imię? Raczej nie. Spotkałem już tyle kobiet o tym imieniu, a żadna z nich nie była taka. Mimo usilnych wysiłków, w których Lana skutecznie mi przeszkadzała, nie mogłem dojść do żadnych wniosków w  tym temacie.
— To nie będzie konieczne. Myślę, że się zorientuje bez pozdrowienia imiennego — odpowiedziałem, lekko przy tym podnosząc górną wargę i marszcząc delikatnie nos. — Ile z nas jest na tyle bezczelnych, żeby pozdrawiać go z ziemi, przez jego sługę, którego wnętrza ud grzeją moje biodra? — dodałem w chwili, w której kobieta właśnie siadała na miejscu obok mnie, pozostawiając we wspomnianym miejscu tylko chłód i rozczarowanie.
Mimo to nie zrobiłem nic, żeby ją powstrzymać, a gra toczyła się dalej. Najwyraźniej Lana zaczynała dobrze się bawić, również ją prowadząc trochę bardziej po swojemu, powodując we mnie zaciekawienie. To, co czułem, nie było normalne. Nie było naturalne. Ani zdrowe. Nigdy nie powinno było się wydarzyć.
Niestety, głos rozsądku był teraz tylko piskliwym, żałosnym krzykiem z tyłu głowy, który był skutecznie zagłuszany przez wrzask dobrej zabawy, ekscytacji Anielicą i pożądania. Czyli wszystkiego, co tworzyło że ja byłem mną.
Uniosłem lekko brwi na dźwięk jej wyznania, ale zanim odpowiedziałem logicznymi argumentami na jej wyzywające stwierdzenie, lekceważąco machnąłem na kelnera i zamówiłem to samo, co wcześniej; w tej chwili nawet nie potrafiłem sobie dokładnie przypomnieć co piłem jeszcze kilkanaście minut temu.
— Widzę — odezwałem się wreszcie w chwili, w której kelner się oddalił z moim zamówieniem i znów zostaliśmy sami. — Że szybko się uczysz — dodałem w kwestii wyjaśnienia, zerkając na nią tylko kątem oka, podczas gdy spojrzeniem błądziłem bez celu po sali. — Wczoraj wydawałaś się tylko przestraszonym stworzeniem, uciekającym na dźwięk nawet najmniejszego zagrożenia... A dzisiaj jesteś drapieżnikiem i „nie byle jakim” aniołem. A mimo to wciąż wraca do mnie to jedno pytanie. Przed kim uciekasz, Lano? — zapytałem poważnie i skupiłem całe spojrzenie prosto w jej oczach. Wątpiłem, żeby to ją speszyło, ale próbować mogłem; ba, co więcej, zamierzałem. — Nie przede mną, to jasne i dlatego...
Przerwałem i odczekałem chwilę, aż kelner postawi drinka na stole. W ogóle na niego nie patrzyłem ani nie podziękowałem, że załatwił sprawę tak szybko.
— Pomińmy kwestie imienne, proszę — podjąłem po chwili. — Dobrze wiemy, że oboje nie zamierzamy zdradzić tak cennej informacji zupełnie obcej, przypadkowej — kłamstwo; oczywiste kłamstwo — osobie. Ale ty masz problem. Masz, prawda? Ja też mam, tak się nieszczęśliwie złożyło. Może uda nam się jakoś porozumieć? — zapytałem, jednocześnie unosząc kąciki ust, ale ten uśmiech nie dosięgnął tym razem oczu.
Wzruszyłem ramionami i sięgnąłem po drinka.
— I nie kłam tak więcej — zawiesiłem głos, lekko zmrużyłem oczy. — Bo wy, Anioły, nie żyjecie dla siebie. Nie mów, że nie jesteś niczyją własnością skoro ciałem i umysłem całkowicie należysz do Ojca. To brzmi okropnie heretycko i każe mi poddawać w wątpliwość twoją przydatność jako tropiciela.
Po tych słowach pociągnąłem długi łyk ze szklanki, który przyjemnie zapiekł mnie w przełyku i na dnie żołądka. Ten drink był wyraźnie mocniejszy.

@GT - Tyler