sobota, 11 sierpnia 2018

III



       Skryta pod skórzanym, obszernym kapturem bynajmniej odmawiałam sobie przyjemności, jaką było oglądanie wszystkiego dookoła. Nie chodziło mi jedynie o to, że kogoś szukam, a o samo napawanie się tym widokiem. Stale było mi tego mało, może dlatego zaczęłam pracować w barze. Ciągnęło mnie do tego, co wydawało się być zakazane, nieodpowiednie. Miałam być czysta, po to mnie stworzono, bym przejawiała jedynie cnoty niczym nie skalane, a teraz ja, piękny twór Pana przechodziłam między istotami grzesznymi, które nie wyglądały na skruszone. Podobało mi się to, fascynowało, mimo, że nadal był gdzieś we mnie lęk. Balansowałam, stale pozwalając sobie na jeszcze więcej. Obserwowałam, uczyłam się, zdobywałam informację, a tych nadal było mi mało. Chociaż czułam, że są we mnie bariery, wierzyłam, że kiedyś te znikną i zrozumiem w końcu, jak to jest czuć w pełni. 
       Zatrzymałam się na moment, a wzrok zleciał mi na bok, między dwa blaszane kontenery, w których można było kupić piwo. Właśnie tam wcisnęła się dwójka ludzi, brodaty mężczyzna, obłapiający pośladki niższej od siebie o głowę, rudowłosej dziewczyny o ustach przeciągniętych bardzo ciemną szminką, być może czarną. Przełknęłam ślinę, przyglądając się temu, co robili, zajęci tylko sobą, skupieni na przyjemności, jaką musieli czerpać z namiętnego pocałunku. Bez wstydu okazywali sobie uczucia, być może się kochali? Nauczyłam się już, że nie każde zbliżenie pochodzi od miłości, to także było dla mnie niesamowite i wywoływało dreszcze, które przebiegały wzdłuż kręgosłupa. 
       Kobieta zeszła ostami na szyję mężczyzny, a jego spojrzenie spotkało się z moim, między przemieszczającym się tłumem. To było nieodpowiednie, a jednak stałam dalej i jemu także nie przeszkadzało to, że wszystko widzę. Miał mętny wzrok, uśmiechnął się szelmowsko, jedną dłoń wsuwając we włosy rudej dziewczyny z taką siłą, że sama drgnęłam. Dostrzegł to, rozbawiony, a potem wyciągnął drugą rękę w moim kierunku i wykonał zapraszając gest. Tym razem to ja delikatnie się uśmiechnęłam, ale nie mógł tego dostrzec. Pokiwałam na boki głową, odwróciłam się na pięcie i ruszyłam przed siebie. 
       Nie chodziło o to, że nie byłam ciekawa. Po prostu czułam, że ciekawość to nie wszystko, że powinnam poczekać na coś więcej. Teraz jednak, tak czy inaczej nie było na to czasu. Odsunęłam od siebie wizję tamtej dwójki, ruszając dalej, nadal rozglądając się, aż nie dotarł do mnie głośny dźwięk silników. Byłam już blisko mety. Przepchałam się przez tłum, gdzie póki co przy postawionych na nóżkach maszynach stali ich właściciele. Być może tutaj znajdę tego, kogo szukałam. Ostrożnie wyszłam z tłumu, przemieszczając się między maszynami, szukając czegoś... o czym nie miałam pojęcia. Nie było to łatwe.
       - Te, aniołku! - zatrzymałam się, kiedy nieznajomy głos dotarło do moich uszu. Co do tego, że wołał do mnie nie miałam złudzeń. Kiedy kupowałam skórzaną kurtkę z wyhaftowanymi na plecach skrzydłami, wydawało mi się to niezwykle zabawne. Taka ironia, o której wiedziałam tylko ja. 
       Odwróciłam się na pięcie i w zasadzie nie musiałam już nic więcej robić. Właściciel głosu stał tak blisko, że w nosie zakręciło mi się od zapachu alkoholu, jaki się z niego unosił. Przyzwyczaiłam się do tego, więc uśmiechnęłam się jedynie. 
       - Nie tylko anioły mają skrzydła - mruknęłam, patrząc mu w oczy. Było to częścią moich własnych obserwacji, taki uśmiech, takie spojrzenie i niezależnie od tego, co powiesz, nakręca to rozmówcę, o ile ten był tobą zainteresowany. 
       - A niby kto jeszcze? Wróżki? - zapytał głupio, zjeżdżając wzrokiem niżej, bo chociaż kurtkę miałam nadal zapiętą pod szyją, to ta dość dobrze przylegała do mojego ciała. 
       - Wróżki nie istnieją - ciągnęłam tą bezsensową rozmowę. - Ale demony już tak, te przegnane z raju - zniżyłam nieco głos, ale nie spoglądałam już bezpośrednio na niego. Był przykrywką, dzięki której mogłam uważniej przyjrzeć się zawodnikom, jacy znajdowali się dookoła. Nie było w nich nic niepokojącego, powinnam iść dalej, więc niewiele myśląc, zaczęłam odchodzić, ale szybko napotkałam opór. 
       - Poczekaj maleńka - mój rozmówca przyciągnął mnie do siebie, a ja zmrużyłam oczy. Nie lubiłam, gdy ktoś próbował przejmować nade mną kontrolę. Było miło dopóki to ja nad wszystkim panowałam. - Mogę sprawić, że na powrót wrócisz do nieba - nachylił się nade mną, a jego oddech łaskotał mnie w ucho. - Jak będziesz grzeczna, to nawet wykrzyczysz imię Pana - jego chichot podrażnił mój słuch, a chociaż sama rozpoczęłam podobne tematy, teraz te zaczęły mnie denerwować. Gdy inni odnosili się do kwestii Ojca, nie mając pojęcia o czym mówią, działało mi to na nerwy, a może jedynie teraz rosła we mnie frustracja, bo marnowałam tutaj czas z tym mężczyzną, zamiast szukać kierowcy spotkanego jakiś czas temu. 
       - Nikt, a już na pewno ty, nie zmusi mnie to wykrzykiwania Jego imienia - zmrużyłam oczy, wyraźnie artykułując każdą sylabę i poczułam, jak w mężczyźnie rodzi się agresja. Z miejsca zabolała mnie ręka, a jego spojrzenie uległo zmianie. Chociaż był już blisko naparł na mnie jeszcze bardziej. 
       - Posłuchaj dziecinko, najpierw włazisz na tor, prowokujesz mnie, a teraz zgrywasz niedostępną? Nie takie panują tutaj zasady - warknął, łapiąc za chustkę, którą naciągnęłam na usta i tą ściągnął w dół, a w zasadzie szarpną, że aż stęknęłam. Nie zamierzałam tracić czasu. Nie miałam go. Uniosłam dłoń, aby łatwiej się skupić, dotknęłam jego polika, a nim ten zbliżył się bardziej, poczułam, jak przepływa przeze mnie jego frustracja, gniew, każda negatywna emocja. 
       - Już... puść mnie, uspokój się, wróć do swojego motoru - wyszeptałam, wraz z tym, jak jego oczy wyraźnie traciły negatywną nutę. Ramiona mu opadły, stał przez moment skołowany, a ja już na niego nie patrzyłam. Tu było dużo ludzi, więc czym prędzej odwróciłam się na pięcie, aby zniknąć w tłumie. Być może przyjazd w takie miejsce nie był dobrym pomysłem. 
       Wiem, że to absurdalne, jednak nie lubiłam korzystać ze swojej mocy w miejscach tak tłumnych. To zawsze budziło we mnie niepokój i teraz nie było inaczej. Poprawiłam kaptur, gotowa odszukać swój motor, albo przynajmniej oddalić się stąd. Nie myślałam już po co tutaj przyjechałam, byłam tak rozkojarzona, że nawet nie zauważyłam, jak na kogoś wpadam, a może to ktoś wpadł na mnie? Zaklął szpetnie, a ja pocierając ramię wykonałam kolejne kroki w swoją stronę, by za moment zrozumieć, że w tym wszystkim coś było nie tak. 
       Zatrzymałam się z marszu, puściłam ramię, przełknęłam ślinę, ale nie odwróciłam się. To uczucie. Jakby coś mnie przyciągało, teraz kiedy było tak blisko, nie mogłam mieć wątpliwości w jego istnienie, jak i w to, że znalazłam tego, kogo szukałam. 
       Ostrożnie, z bijącym głośno sercem odwróciłam się przez ramię. Niezależnie od tego jaki tłum w tej chwili miałam przed sobą, tą jedną sylwetkę wyłapałam z miejsca. Przyjrzałam się jego twarzy, w której coś do mnie krzyczało i nic nie mówiło jednocześnie. No i ta aura... taka... przejmująca. Przecież chciałam go znaleźć, a jednak, widząc twarz mężczyzny, uśmieszek, jaki ją zdobił, moje ciało zadziałało intuicyjnie. 
       - Przepraszam - rzuciłam, jakby tylko, za to, że się zderzyliśmy, a potem... potem puściłam się przed siebie biegiem. Szalonym wręcz, niewytłumaczalnym. Musiałam odnaleźć swój motor, ale ucieczka w takim tłumie nie była łatwa. Adrenalina przepełniała moje ciało. Wpadłam na kogoś, obejrzałam się, starałam stracić. Złapałam jakąś mijaną dziewczynę, szarpnęłam tak, by ewentualnie zastawiła drogę nieznajomemu mężczyźnie, a może raczej... nieznajomej istocie? Kimkolwiek był, nie powinnam była go szukać, co ja sobie myślałam? Przecież jestem zbiegiem. 
       Wbiegłam w jedną uliczkę, potem w drugą. Ktoś tam siedział, potknęłam się o jego nogi. 
       - Kurwa mać! - wrzasnął właściciel kończyny, ale nie traciłam czasu na przeprosiny. Ta przeszkoda i tak już mnie wyhamowała. Tutaj przynajmniej łatwiej się biegło, większość ludzi szła oglądać wyścigi, więc w porównaniu do tamtych tłumów, można by nawet powiedzieć, że było tu na swój sposób spokojnie. Tylko, że kiedy się rozejrzałam, dotarło do mnie, jak pomyliłam drogi. Zamiast dostać się do miejsca, w którym stał mój motor, byłam między ciężarówkami i przyczepami, w jakiś najpewniej przywieźli co lepsze maszyny, ta na sprzedaż i nie tylko. Weszłam między pierwsze z nich, czując, jak serce mi bije. 
       Koło jednego z pojazdów leżał duży klucz francuski, a złapanie go, było oczywistym odruchem. Przylgnęłam plecami to boku wielkiego samochodu i powolutku zaczęłam kierować się w przód, licząc na to, że zgubiłam już swój ogon, a także gotowa to ewentualnego ataku, gdyby coś mnie zaskoczyło. Nade wszystko jednak rozmyślałam o tej aurze, o tym, że faktycznie udało mi się znaleźć jej właściciela, ale być może była to najgłupsza decyzja, na jaką się zdobyłam, odkąd uciekłam z Nieba. 
@GT - Tyler