sobota, 11 sierpnia 2018

IV



Kim jesteś?
Czułem to, jakiś rodzaj zapachu, którego nie da się wciągnąć nosem. Wibrowanie powietrza, choć to było stałe, a falować mogło tylko od odległych ryków silników, dźwięków muzyki wzbijających się razem z kurzem wysoko w niebo i gwaru rozmów przeplatanych wybuchami śmiechu. Ale nie o to chodziło. To było coś innego, co ludzie – zwłaszcza ci co mniej uważni – z łatwością mogli przegapić pośród tego wszystkiego, co działo się dookoła.
Wreszcie sylwetka odwróciła się w moją stronę lekko przez ramię, od razu dając mi do zrozumienia, że nie tylko ja to poczułem. Że mi się nie wydawało. Kaptur kurtki z widocznym dla mnie nawet z tej odległości nadrukiem skrzydeł niestety doskonale pełnił swoją funkcję, zacieniając oczy i górę twarzy osoby, której obecność szarpała moimi wnętrznościami w sposób z pogranicza przyjemności i cierpienia. Tylko owal twarzy, zarys ust wypowiadających słowo, którego sens do mnie dotarł natychmiast i kosmyk włosów, który wymsknął się spod materiału przy obrocie dał mi do zrozumienia, że to kobieta. Kim jesteś? Skrzydła na twoich plecach...
Wtedy rzuciła się przed siebie biegiem. Uśmiech rozciągał już całkiem szeroko moje wargi, a ciało samoistnie wystrzeliło do startu, zanim jakakolwiek inna myśl zdążyła przeciąć moją głowę. Uruchomił się instynkt łowcy. Zwierzę, dziki kot gotujący się do ataku na ofiarę – tym lepiej, jeśli ona postanowiła uciekać. Tego wieczoru być może nie będę musiał się z nikim ścigać. Przynajmniej nie w tradycyjnym słowie tego znaczenia, nie na motocyklu.
Odepchnąłem na bok dziewczynę, którą uciekinierka o twarzy przejmująco znajomej i obcej jednocześnie posłużyła się jak żywą tarczą. Piękne zagranie, niestety nieodpowiednie dla rozpędzonego, bardzo rozochoconego i pobudzonego do walki demona. Siła odepchnięcia jej rzuciła nią w jakichś chłopaczków, podniosła się wrzawa i piski, które szybko zamazały się w moich uszach na rzecz krwi w nich szumiącej. Mijaliśmy kolejne osoby, a ona wciąż była za daleko; tu o wyciągnięcie dłoni po to, żeby zaraz znikać mi z pola widzenia. Kluczyłem, napinałem mięśnie, a te aż przyjemnie paliły od fizycznego wysiłku. W zaaferowaniu wciąż jednak miałem na uwadze kierunek, w którym poruszała się ofiara, a ten był zgoła dziwny.
— Ej ty! Zatrzymaj się! Czekaj! Kurwa!
— Moja kostka! Ta suka!...
— Stój, do kurwy nędzy!
I te wrzaski połączone z całą szeroką gamą innych przekleństw pozostawiłem za sobą, nie zwróciwszy na nich większej uwagi. Oczy, błyszczące od wysiłku i pożądania, od adrenaliny i ekscytacji skupione miałem na plecach przyozdobionych złotymi skrzydłami, a te szybko znikały za kolejnymi zakrętami.
Oczywiście, przez cały czas mogłem próbować powstrzymać ofiarę moją szczególną zdolnością, jakże przydatną na takie okazje. Mogłem ją zatrzymać, spowolnić całej jej ciało z jednoczesnym uwzględnieniem każdej tkanki i organu wewnętrznego, znałem anatomię ludzi i korzystałem z niej na tyle często, że w normalnych warunkach nie było to dla mnie większym wyzwaniem. Nie zrobiłem tego jednak z dwóch powodów. Po pierwsze, było tłoczno, zbyt wiele gapiów, a nie byłem na tyle dumny żeby swobodnie założyć, że nie przydarzy mi się błąd – zwłaszcza w pełnym biegu, z nierównym oddechem i regularnymi wstrząsami. Po drugie, to kompletnie zrujnowałoby zajebistą rozrywkę.
W końcu wbiegliśmy między przyczepy – ilość możliwych opcji drogi do wybrania była zbyt duża, wobec czego zatrzymałem się w miejscu tuż przed pierwszym zakrętem, oddychając ciężko. Stałem i słuchałem, ale nie działo się nic szczególnego. Nawet tutaj dobiegało dudnienie z areny i toru wyścigowego. Poza tym było pusto, cicho i spokojnie.
A w tym wszystkim gdzieś moja ofiara. Być może bojąca się. Ta myśl pobudziła na nowo ekscytację.
— Nawet nie zdążyłem się przedstawić! — wrzasnąłem wreszcie głośno w kierunku nieba, mając pewność że jeśli jeszcze tu jest, usłyszy mnie. A nie było możliwości, żeby tak szybko opuściła wielki parking ciężarówek będący w nocy niemal labiryntem. — A ty nie pokazałaś twarzy. Nie sądzisz, że jesteś mi chociaż tyle winna?
Ruszyłem jedną z alejek, cicho, skradając się wzdłuż boku jednej z przyczep. Wystarczyło się schylić, prawda? Stanąłem na moment za oponą tak, że gdyby postanowił to zrobić, nie mogłaby mnie zauważyć natychmiast. I wstrzymałem na moment powietrze w płucach. Adrenalina i ekscytacja wciąż rosły. To teraz miało rozstrzygnąć się polowanie. Ten bieg był tylko rozgrzewką.
— Za to, że nie dałaś się złapać wtedy, kilka dni temu. Powinniśmy się poznać. Bliżej.
Czy miałem pewność, że wtedy to też była ona? Zdecydowanie nie. Ale ta twarz, a właściwie jej skrawek... Nie mogłem pozwolić, żeby i teraz mi się wymknęła. Nie zamierzałem tego robić.
Zamilknąłem i czekałem. Nasłuchiwałem. Szmer z lewej strony spowodował, że gwałtownie się odwróciłem, ale to był tylko szczur, który z piskiem zniknął pod ciężarówką. Wstrzymałem powietrze w płucach. A potem ruszyłem dalej, krok po kroku, wolno, zdając sobie sprawę, że teraz ona wie, w której części parkingu się znajduję. To dawało jej złudną przewagę. Minąłem kilka alejek i wtedy znów zobaczyłem złote skrzydła. Coś bardzo niegrzecznego i niemiłego ścisnęło mi gardło, wypchało uśmiech na usta.
Uniosłem dłoń. Skupiłem się, przymykając powieki. Z westchnieniem wypuściłem moc, unieruchamiając kobietę tak, żeby nic jej się nie stało – z jej perspektywy musiało to dawać efekt zatrzymania czasu. Skróciłem dzielący nas dystans, utrzymując molekularne spowolnienie, podszedłem do niej od tyłu i nie powstrzymałem się od objęcia jej w pasie, przyciśnięcia jej uskrzydlonych pleców do swojego torsu. W chwili, w której sięgałem po trzymany przez nią klucz francuski, uwolniłem ją spod działania mocy.
— To jest bardzo niebezpieczna zabawka — szepnąłem jej do ucha, zaciskając dłoń na nadgarstku ręki, w której dzierżyła broń.
Lodowaty dreszcz podniecenia zbiegł mi wzdłuż kręgosłupa. Wreszcie była moja. Tajemnica i klucz do rozwiązania zagadki w jednej osobie.
@GT - Tyler