Kim jesteś?
Czułem to, jakiś
rodzaj zapachu, którego nie da się wciągnąć nosem. Wibrowanie powietrza, choć to
było stałe, a falować mogło tylko od odległych ryków silników, dźwięków muzyki
wzbijających się razem z kurzem wysoko w niebo i gwaru rozmów przeplatanych
wybuchami śmiechu. Ale nie o to chodziło. To było coś innego, co ludzie –
zwłaszcza ci co mniej uważni – z łatwością mogli przegapić pośród tego
wszystkiego, co działo się dookoła.
Wreszcie sylwetka
odwróciła się w moją stronę lekko przez ramię, od razu dając mi do
zrozumienia, że nie tylko ja to poczułem. Że mi się nie wydawało. Kaptur kurtki
z widocznym dla mnie nawet z tej odległości nadrukiem skrzydeł niestety
doskonale pełnił swoją funkcję, zacieniając oczy i górę twarzy osoby, której
obecność szarpała moimi wnętrznościami w sposób z pogranicza przyjemności i
cierpienia. Tylko owal twarzy, zarys ust wypowiadających słowo, którego sens do
mnie dotarł natychmiast i kosmyk włosów, który wymsknął się spod materiału przy
obrocie dał mi do zrozumienia, że to kobieta. Kim jesteś? Skrzydła na twoich
plecach...
Wtedy rzuciła się
przed siebie biegiem. Uśmiech rozciągał już całkiem szeroko moje wargi, a ciało
samoistnie wystrzeliło do startu, zanim jakakolwiek inna myśl zdążyła przeciąć
moją głowę. Uruchomił się instynkt łowcy. Zwierzę, dziki kot gotujący się do
ataku na ofiarę – tym lepiej, jeśli ona postanowiła uciekać. Tego wieczoru być
może nie będę musiał się z nikim ścigać. Przynajmniej nie w tradycyjnym słowie
tego znaczenia, nie na motocyklu.
Odepchnąłem na bok
dziewczynę, którą uciekinierka o twarzy przejmująco znajomej i obcej
jednocześnie posłużyła się jak żywą tarczą. Piękne zagranie, niestety
nieodpowiednie dla rozpędzonego, bardzo rozochoconego i pobudzonego do walki
demona. Siła odepchnięcia jej rzuciła nią w jakichś chłopaczków, podniosła się
wrzawa i piski, które szybko zamazały się w moich uszach na rzecz krwi w nich
szumiącej. Mijaliśmy kolejne osoby, a ona wciąż była za daleko; tu o
wyciągnięcie dłoni po to, żeby zaraz znikać mi z pola widzenia. Kluczyłem,
napinałem mięśnie, a te aż przyjemnie paliły od fizycznego wysiłku. W
zaaferowaniu wciąż jednak miałem na uwadze kierunek, w którym poruszała się
ofiara, a ten był zgoła dziwny.
— Ej ty! Zatrzymaj
się! Czekaj! Kurwa!
— Moja kostka! Ta
suka!...
— Stój, do kurwy
nędzy!
I te wrzaski
połączone z całą szeroką gamą innych przekleństw pozostawiłem za sobą, nie
zwróciwszy na nich większej uwagi. Oczy, błyszczące od wysiłku i pożądania, od
adrenaliny i ekscytacji skupione miałem na plecach przyozdobionych złotymi
skrzydłami, a te szybko znikały za kolejnymi zakrętami.
Oczywiście, przez
cały czas mogłem próbować powstrzymać ofiarę moją szczególną zdolnością, jakże
przydatną na takie okazje. Mogłem ją zatrzymać, spowolnić całej jej ciało z
jednoczesnym uwzględnieniem każdej tkanki i organu wewnętrznego, znałem anatomię
ludzi i korzystałem z niej na tyle często, że w normalnych warunkach nie było
to dla mnie większym wyzwaniem. Nie zrobiłem tego jednak z dwóch powodów. Po
pierwsze, było tłoczno, zbyt wiele gapiów, a nie byłem na tyle dumny żeby
swobodnie założyć, że nie przydarzy mi się błąd – zwłaszcza w pełnym biegu, z
nierównym oddechem i regularnymi wstrząsami. Po drugie, to kompletnie
zrujnowałoby zajebistą rozrywkę.
W końcu wbiegliśmy
między przyczepy – ilość możliwych opcji drogi do wybrania była zbyt duża, wobec
czego zatrzymałem się w miejscu tuż przed pierwszym zakrętem, oddychając
ciężko. Stałem i słuchałem, ale nie działo się nic szczególnego. Nawet tutaj
dobiegało dudnienie z areny i toru wyścigowego. Poza tym było pusto, cicho i
spokojnie.
A w tym wszystkim
gdzieś moja ofiara. Być może bojąca się. Ta myśl pobudziła na nowo ekscytację.
— Nawet nie
zdążyłem się przedstawić! — wrzasnąłem wreszcie głośno w kierunku nieba, mając
pewność że jeśli jeszcze tu jest, usłyszy mnie. A nie było możliwości, żeby tak
szybko opuściła wielki parking ciężarówek będący w nocy niemal labiryntem. — A
ty nie pokazałaś twarzy. Nie sądzisz, że jesteś mi chociaż tyle winna?
Ruszyłem jedną z
alejek, cicho, skradając się wzdłuż boku jednej z przyczep. Wystarczyło się
schylić, prawda? Stanąłem na moment za oponą tak, że gdyby postanowił to
zrobić, nie mogłaby mnie zauważyć natychmiast. I wstrzymałem na moment
powietrze w płucach. Adrenalina i ekscytacja wciąż rosły. To teraz miało
rozstrzygnąć się polowanie. Ten bieg był tylko rozgrzewką.
— Za to, że nie
dałaś się złapać wtedy, kilka dni temu. Powinniśmy się poznać. Bliżej.
Czy miałem pewność,
że wtedy to też była ona? Zdecydowanie nie. Ale ta twarz, a właściwie jej
skrawek... Nie mogłem pozwolić, żeby i teraz mi się wymknęła. Nie zamierzałem
tego robić.
Zamilknąłem i
czekałem. Nasłuchiwałem. Szmer z lewej strony spowodował, że gwałtownie się
odwróciłem, ale to był tylko szczur, który z piskiem zniknął pod ciężarówką.
Wstrzymałem powietrze w płucach. A potem ruszyłem dalej, krok po kroku, wolno,
zdając sobie sprawę, że teraz ona wie, w której części parkingu się znajduję.
To dawało jej złudną przewagę. Minąłem kilka alejek i wtedy znów zobaczyłem
złote skrzydła. Coś bardzo niegrzecznego i niemiłego ścisnęło mi gardło,
wypchało uśmiech na usta.
Uniosłem dłoń.
Skupiłem się, przymykając powieki. Z westchnieniem wypuściłem moc,
unieruchamiając kobietę tak, żeby nic jej się nie stało – z jej perspektywy
musiało to dawać efekt zatrzymania czasu. Skróciłem dzielący nas dystans,
utrzymując molekularne spowolnienie, podszedłem do niej od tyłu i nie
powstrzymałem się od objęcia jej w pasie, przyciśnięcia jej uskrzydlonych
pleców do swojego torsu. W chwili, w której sięgałem po trzymany przez nią
klucz francuski, uwolniłem ją spod działania mocy.
— To jest bardzo
niebezpieczna zabawka — szepnąłem jej do ucha, zaciskając dłoń na nadgarstku
ręki, w której dzierżyła broń.
Lodowaty dreszcz
podniecenia zbiegł mi wzdłuż kręgosłupa. Wreszcie była moja. Tajemnica i klucz do
rozwiązania zagadki w jednej osobie.
