poniedziałek, 13 sierpnia 2018

VI



Strach nie miał zapachu, smaku ani kształtu. Był czymś ulotnym, choć często silniejszym niż inne uczucia, zwłaszcza w chwilach zagrożenia. Nie miał też jednej twarzy, bo każdy przeżywał go na swój sposób – i prawie każdy starał się go ukryć. Był utożsamiany ze słabością, a takiej ludzie nie zwykli po sobie pokazywać.
Tyle, że ona nie była człowiekiem. A kimkolwiek – lub czymkolwiek – była, o tym miałem się dopiero przekonać. Cała zabawa przede mną. Uśmiech nie chciał dać się zetrzeć z moich warg, choć tego nie mogła widzieć, tak samo jak w tej pozycji ja nie widziałem jej twarzy, nawet profilu.
W euforii zupełnie nie zwróciłem uwagi na fakt, że ciało, znajdujące się w moich ramionach tak znajomo się w nich układa. Że krzywizna jej pleców nie jest obca, tak samo jak nadgarstek w mojej dłoni, a jeślibym się na tym skupił, być może zanotowałbym, że zapach w powietrzu przywołuje nostalgię. Że kosmyk włosów, który zauważyłem jeszcze przed pościgiem nie był wcale obcy, a wręcz znajdował się na pograniczu czegoś, za czym nieświadomie tęskniłem. Ale na to wszystko... nie było ani miejsca, ani czasu. Zbyt pochłonięty polowaniem, myślą o drapieżcy i ofierze, którą była kobieta zajęły całą przestrzeń, rozpostarły się nad moimi myślami niczym czarne skrzydła, które pozostawiłem w piekle. Za to przyjdzie mi jeszcze zapłacić, choć teraz jeszcze nie mogłem być tego świadomy. Ignorancja była ceną chwilowej przyjemności.
Parsknąłem śmiechem, ale nie czułem potrzeby, przyznania jej racji, przynajmniej nie na głos. Nawet, jeśli faktycznie ją miała, bo czym był marny klucz francuski przy bestii czającej się w moim ludzkim ciele? Nie zamierzałem też zauważyć, że jest całkiem błyskotliwa i wygadana jak na muchę zaplątaną w lepkich sidłach wygłodzonego pająka. Zwłaszcza, że ta wciąż coś mówiła. Lubiłem wyzwania – nie przepadałem za tymi, którzy tak łatwo mi się poddawali, bez walki oddając wszystko wraz z błaganiem o pozostawienie ich przy życiu. A tutaj, w moich ramionach miałem wyzwanie, któremu nie mogłem się oprzeć.
— Nie zastanawiasz się raczej dlaczego uciekałaś? — Pozwoliłem, żeby to pytanie między nami zawisło. Przecież to było tak logiczne, że jej odwrócenie sytuacji w tej chwili nawet mnie bawiło, choć w innych warunkach pewnie by tylko pogłębiło irytację. — Psychologiczne zagranie. Nie musiałbym cię gonić, gdybyś tego nie zrobiła. To ty zaczęłaś zabawę.
Nachyliłem się jeszcze lekko w kierunku jej ucha, przyciskając teraz nawet bardziej zachłannie do siebie. Chciałem odnaleźć ucho i obniżyć ton głosu, niestety kaptur zapewne uniemożliwiłby jej usłyszenie moich słów. A mi kurewsko zależało, żeby dobrze zrozumiała każde jedno z nich.
— Póki co naprawdę mi się podoba. — I lepiej, żeby szybko się nie znudziła. Tego już nie dodałem; miałem wrażenie, że nie musiałem tego robić. Z resztą, nigdy nie lubiłem wykładania na stół od razu wszystkich kart, to było nudne i odbierało połowę rozrywki, którą można było czerpać z takich gierek.
Szarpnęła się do przodu, budząc we mnie coraz nowsze pokłady rozkoszy. Bo byłem jak ruchome piaski – im bardziej ktoś pragnął się wydostać, im bardziej się szamotał, tym mocniej pragnąłem go powstrzymać, wciągnąć, zdusić, zmiażdżyć, pochłonąć... Jeszcze kilka sekund zaciskałem palce na jej ciele, czując w środku dłoni ciepło jej brzucha. Miękkość jej ciała, w którym zapragnąłem zanurzyć szpony, mieć tu i teraz, dowiedzieć się wszystkiego. Pozwoliłem sobie, żeby dotarła do mnie w nieuświadomiony jeszcze sposób kwestia dziwnego powiązania, jakie moje ciało czuło do tej kobiety.
— Och, i nie kuś mnie tak więcej. Uwielbiam, kiedy krzyczą — dodałem z upiornym uśmiechem na ustach, którego wciąż nie mogła dostrzec, po czym naprawdę wypuściłem ją ze swoich objęć. Bez ryzyka nie było zabawy. Chciałem zobaczyć, co zrobi, z resztą trzymanie jej już zdążyło mi się znudzić.
Zamachnąłem się i wyrzuciłem jej prowizoryczną broń daleko w niebo, w kierunku tłumów ciągnących na wyścigi. Z czystej przekory, mogłem przecież rzucić go tam, gdzie stały puste przyczepy i tiry, gdzie nie miałby szans na zrobienie żadnej szkody.
Było też oczywiście coś więcej. Coś, co poczułem dopiero w chwili, w której robiłem krok w tył, pozostawiając pustkę i chłód w miejscu tak bezpośredniego kontaktu naszych ciał. Musiałem zobaczyć jej twarz. To wrażenie tak mocno we mnie uderzyło, że aż wypuściłem powietrze z płuc. Szczypanie pod skórą i pełzanie czegoś oślizgłego w brzuchu nabrało na sile – jeśli wydawało mi się, że złapanie jej temu zapobiegnie, najwyraźniej byłem w błędzie. Teraz chciałem wiedzieć nawet bardziej.
— Pytania w tym stylu są nie na miejscu... Po prostu głupie. Wiem, że też to czujesz. I zbyt długo chodzę po ziemi żeby sądzić, że złote skrzydła na plecach to tylko głupi przypadek rozochoconej ludzkiej nastolatki — odezwałem się z pozoru nonszalancko, jednocześnie opierając się bokiem ramienia o naczepę, przy której wciąż się znajdowaliśmy. Jeśli wciąż będzie uciekać, trudno. Zamierzałem jednak wykorzystać chwilę na coś mniej dziecinnego, jak na przykład przemówienie jej do rozsądku, nawet jeśli nie wiedziałem kim jest i czy w ogóle ma coś takiego. — Może w takim razie będziesz mi winna, jeśli się przedstawię. Nazywam się Logan Specter — dodałem, lekko mrużąc oczy, z ostrym spojrzeniem wciąż wbitym gdzieś w okolicach karku kobiety.
Uciekający zawsze coś ukrywają. Nie mogłem założyć, że ona naprawdę nie wie kto ją goni. Bo ktoś poza mną w tej chwili robił to na pewno.
@GT - Tyler