Strach nie miał
zapachu, smaku ani kształtu. Był czymś ulotnym, choć często silniejszym niż
inne uczucia, zwłaszcza w chwilach zagrożenia. Nie miał też jednej twarzy, bo
każdy przeżywał go na swój sposób – i prawie każdy starał się go ukryć. Był
utożsamiany ze słabością, a takiej ludzie nie zwykli po sobie pokazywać.
Tyle, że ona nie
była człowiekiem. A kimkolwiek – lub czymkolwiek – była, o tym miałem się
dopiero przekonać. Cała zabawa przede mną. Uśmiech nie chciał dać się zetrzeć z
moich warg, choć tego nie mogła widzieć, tak samo jak w tej pozycji ja nie
widziałem jej twarzy, nawet profilu.
W euforii zupełnie
nie zwróciłem uwagi na fakt, że ciało, znajdujące się w moich ramionach tak
znajomo się w nich układa. Że krzywizna jej pleców nie jest obca, tak samo jak
nadgarstek w mojej dłoni, a jeślibym się na tym skupił, być może zanotowałbym,
że zapach w powietrzu przywołuje nostalgię. Że kosmyk włosów, który zauważyłem
jeszcze przed pościgiem nie był wcale obcy, a wręcz znajdował się na pograniczu
czegoś, za czym nieświadomie tęskniłem. Ale na to wszystko... nie było ani
miejsca, ani czasu. Zbyt pochłonięty polowaniem, myślą o drapieżcy i ofierze,
którą była kobieta zajęły całą przestrzeń, rozpostarły się nad moimi myślami
niczym czarne skrzydła, które pozostawiłem w piekle. Za to przyjdzie mi jeszcze
zapłacić, choć teraz jeszcze nie mogłem być tego świadomy. Ignorancja była ceną
chwilowej przyjemności.
Parsknąłem śmiechem,
ale nie czułem potrzeby, przyznania jej racji, przynajmniej nie na głos. Nawet,
jeśli faktycznie ją miała, bo czym był marny klucz francuski przy bestii
czającej się w moim ludzkim ciele? Nie zamierzałem też zauważyć, że jest
całkiem błyskotliwa i wygadana jak na muchę zaplątaną w lepkich sidłach wygłodzonego
pająka. Zwłaszcza, że ta wciąż coś mówiła. Lubiłem wyzwania – nie przepadałem
za tymi, którzy tak łatwo mi się poddawali, bez walki oddając wszystko wraz z
błaganiem o pozostawienie ich przy życiu. A tutaj, w moich ramionach miałem
wyzwanie, któremu nie mogłem się oprzeć.
— Nie zastanawiasz
się raczej dlaczego uciekałaś? — Pozwoliłem, żeby to pytanie między nami
zawisło. Przecież to było tak logiczne, że jej odwrócenie sytuacji w tej chwili
nawet mnie bawiło, choć w innych warunkach pewnie by tylko pogłębiło irytację.
— Psychologiczne zagranie. Nie musiałbym cię gonić, gdybyś tego nie zrobiła. To
ty zaczęłaś zabawę.
Nachyliłem się
jeszcze lekko w kierunku jej ucha, przyciskając teraz nawet bardziej zachłannie
do siebie. Chciałem odnaleźć ucho i obniżyć ton głosu, niestety kaptur zapewne
uniemożliwiłby jej usłyszenie moich słów. A mi kurewsko zależało, żeby dobrze
zrozumiała każde jedno z nich.
— Póki co naprawdę
mi się podoba. — I lepiej, żeby szybko się nie znudziła. Tego już nie dodałem;
miałem wrażenie, że nie musiałem tego robić. Z resztą, nigdy nie lubiłem wykładania
na stół od razu wszystkich kart, to było nudne i odbierało połowę rozrywki,
którą można było czerpać z takich gierek.
Szarpnęła się do
przodu, budząc we mnie coraz nowsze pokłady rozkoszy. Bo byłem jak ruchome
piaski – im bardziej ktoś pragnął się wydostać, im bardziej się szamotał, tym
mocniej pragnąłem go powstrzymać, wciągnąć, zdusić, zmiażdżyć, pochłonąć...
Jeszcze kilka sekund zaciskałem palce na jej ciele, czując w środku dłoni
ciepło jej brzucha. Miękkość jej ciała, w którym zapragnąłem zanurzyć szpony,
mieć tu i teraz, dowiedzieć się wszystkiego. Pozwoliłem sobie, żeby dotarła do
mnie w nieuświadomiony jeszcze sposób kwestia dziwnego powiązania, jakie moje
ciało czuło do tej kobiety.
— Och, i nie kuś
mnie tak więcej. Uwielbiam, kiedy krzyczą — dodałem z upiornym uśmiechem na
ustach, którego wciąż nie mogła dostrzec, po czym naprawdę wypuściłem ją ze
swoich objęć. Bez ryzyka nie było zabawy. Chciałem zobaczyć, co zrobi, z resztą
trzymanie jej już zdążyło mi się znudzić.
Zamachnąłem się i wyrzuciłem
jej prowizoryczną broń daleko w niebo, w kierunku tłumów ciągnących na wyścigi.
Z czystej przekory, mogłem przecież rzucić go tam, gdzie stały puste przyczepy
i tiry, gdzie nie miałby szans na zrobienie żadnej szkody.
Było też oczywiście
coś więcej. Coś, co poczułem dopiero w chwili, w której robiłem krok w tył,
pozostawiając pustkę i chłód w miejscu tak bezpośredniego kontaktu naszych
ciał. Musiałem zobaczyć jej twarz. To
wrażenie tak mocno we mnie uderzyło, że aż wypuściłem powietrze z płuc.
Szczypanie pod skórą i pełzanie czegoś oślizgłego w brzuchu nabrało na sile –
jeśli wydawało mi się, że złapanie jej temu zapobiegnie, najwyraźniej byłem w
błędzie. Teraz chciałem wiedzieć nawet bardziej.
— Pytania w tym
stylu są nie na miejscu... Po prostu głupie. Wiem, że też to czujesz. I zbyt
długo chodzę po ziemi żeby sądzić, że złote skrzydła na plecach to tylko głupi przypadek
rozochoconej ludzkiej nastolatki — odezwałem się z pozoru nonszalancko,
jednocześnie opierając się bokiem ramienia o naczepę, przy której wciąż się
znajdowaliśmy. Jeśli wciąż będzie uciekać, trudno. Zamierzałem jednak
wykorzystać chwilę na coś mniej dziecinnego, jak na przykład przemówienie jej
do rozsądku, nawet jeśli nie wiedziałem kim jest i czy w ogóle ma coś takiego.
— Może w takim razie będziesz mi winna, jeśli się przedstawię. Nazywam się
Logan Specter — dodałem, lekko mrużąc oczy, z ostrym spojrzeniem wciąż wbitym
gdzieś w okolicach karku kobiety.
Uciekający zawsze
coś ukrywają. Nie mogłem założyć, że ona naprawdę nie wie kto ją goni. Bo ktoś
poza mną w tej chwili robił to na pewno.
