Stojąc tak luźno, z
pozoru wręcz obojętnie, ironicznie zdałem sobie sprawę jaki jestem spięty. Zdenerwowany,
choć jednocześnie przepełniony dziwacznym zadowoleniem. Miałem czas na
zaobserwowanie tego, zwłaszcza że kobieta nie spieszyła się z wykonaniem
swojego ruchu – czy to kolejnego rzucenia się biegiem w przód, czy odwrócenia
się w moją stronę i podjęcia rękawicy, którą metaforycznie rzuciłem jej pod
stopy. Może zdała sobie sprawę, że z jakiegoś powodu nie może mi uciec, nawet
jeśli nie rozumiała jak źle trafiła jeśli o pogoń i moją zdolność chodzi. A
może była z tych, którzy walczą.
Mimo wszystko
wiedziałem, że nie to nie ja tutaj rozdaję karty. Goniłem ją bo uciekała, fakt,
złapałem ją, też fakt. To mogło dawać jakże przyjemne i złudne poczucie panowania
nad sytuacją. Jednak nie miałem pojęcia nie tylko kim jest, ale też w jaki
sposób jest powiązana z moją sprawą i czy w ogóle jest. Dlatego wciąż stąpałem po
kruchym lodzie – nawet, jeśli jeszcze przed chwilą dla pozoru tupałem po nim
mocno skórzanymi, nabitymi ćwiekami butami z grubą podeszwą. Ale trop się
urwał. Kilkadziesiąt minut temu znalazłem się w martwym punkcie, a chwilę
później spotkałem ją, z tajemniczą
aurą, uciekającą jakby zrobiła coś naprawdę złego. Nie mogłem odrzucić opcji,
że była powiązana z moją sprawą i jeśli lód pod moimi stopami teraz się
pokruszy, czeka mnie zimna kąpiel. Szczególnie łatwo przychodziło mi
zapominanie o delikatności w chwilach takich jak ta, wobec czego z niemą ulgą
przyjąłem chwilę milczenia i zawieszenia, które pozwoliło mi otrząsnąć się po drobnym
polowaniu, zrzucić ekscytację i przybrać skupienie.
Lana Gold. Imię
oczywiście niczego mi nie mówiło, choć zawisło w powietrzu i dźwięczało w
uszach zdecydowanie dłużej, niż to możliwe w Ziemskich warunkach fizycznych. W
konflikcie z logiką zdawało się, że wybrzmiewa i drży w przestrzeni między nami.
Wróciło wrażenie aury, teraz znów dotkliwiej niż wtedy, kiedy ją obejmowałem.
Pewnie dlatego, że z odległości kilku kroków od niej łatwiej było się skupić na
rzeczach mniej cielesnych.
Jakże niecelnie.
Byłem przecież jednym z tych wysłanników piekieł, którzy na swoim koncie mieli
najwięcej lat spędzonych na ziemi, z tego słynąłem wśród innych, choć nie dla
wszystkich te statystyki wydawały się chlubne. Tego nie musiałem jej mówić,
przynajmniej nie kiedy wciąż miałem to wrażenie.
— Pewnie tak —
odpowiedziałem mimochodem, nie pozwalając sobie tym razem na żaden uśmiech.
Bez ruchu słuchałem
jej dalszych słów, wciąż ze spokojem na twarzy, wciąż oparty bokiem o naczepę
ciężarówki, ze spojrzeniem utkwionym w jej ustach poruszających się w sposób,
który hipnotyzował. Irytacją i niepokojem drążącym od środka napawał mnie fakt,
że wciąż się odsuwała. Oddalała się, zwiększała dystans jakby doskonale
wiedziała, że za chwilę minie jakąś niewidzialną granicę, zza której zdoła mi
uciec. Ta myśl nie pozwalała mi na wymyślenie jakiejś rozsądnej odpowiedzi,
więc wciąż milczałem z tym samym wyrazem twarzy. I obserwowałem każdy jej ruch,
jak drapieżnik gotowy do ataku na zwierzynę, tylko czekający aż ta postawi zły
krok i się potknie.
Wciąż nie pokazała
mi swojej twarzy. A pragnienie to paliło ogniem, którego dawno już nie było mi
dane poczuć.
— Powiedziałem ci
już kim jestem — wypaliłem wreszcie, odpychając się jednocześnie od ciężarówki.
Wyprostowałem się i stanąłem pewnie na dwóch stopach w lekkim rozkroku. Bezruch
trwał już zbyt długo. Zbyt łaskawie pozwalał szaleć temu pożarowi, który
wywołała Lana Gold.
Nie miałem w tej
chwili więcej sił na zabawę w ludzi, zwłaszcza, że oboje jasno już daliśmy do
zrozumienia, że nimi nie jesteśmy. Czas na trochę więcej szczerości. Jeden
mocniejszy krok na lodzie, który spowoduje, że posunę się w przód lub porysuję
jego powierzchnię, żeby zaczęła pękać z suchym, złowieszczym trzaskiem.
— Mówienie o tym,
kim jesteśmy naprawdę jest zbyt niebezpieczne.
Tutaj, na odosobnieniu. I gdziekolwiek indziej. — Z tymi słowami zrobiłem pierwszy,
drobny krok w jej stronę. Nie uciekaj, bo tak potwornie kusisz mnie do pogoni.
A tej przyjemności nie będę umiał sobie odmówić. — A już na pewno nie na
pierwszej randce pośród przyczep na nielegalnym wyścigu. Liczyłem, że z takimi
pytaniami doczekasz chociaż do trzeciej... — westchnąłem teatralnie. — Może
jestem starej daty — dodałem, wreszcie pozwalając jednemu kącikowi ust unieść
się w lekkim półuśmiechu.
Dwa, trzy. Drobne
kroki, wolne, stawiane wręcz od niechcenia. W prostej linii do celu, ze
wzrokiem utkwionym w zacienionej części twarzy kobiety, którą zakrywał ten
pieprzony kaptur mający imitować anonimowość. Cztery. I przerwa, zatrzymanie
się w półkroku. Znów byliśmy bliżej, ale to w niczym nie pomagało. Mogłem
rzucić się na nią i zedrzeć jej z głowy materiał, ale czy wtedy też czułbym to
gorąco buzujące w dole brzucha, którym objawiało się podniecenie?
— Ale masz rację —
usłyszałem swoje słowa przebijające się przez szum własnej krwi w uszach. — Kurewsko
mnie intrygujesz. Choć nijak się to nie wiąże się z założeniem, że nie chcę ci
zrobić krzywdy. Jeszcze nie. Poczekam chociaż do trzeciej randki — dodałem,
zniżając głos do ledwie słyszalnego szeptu.
Drobna bezczelność
kryła się w sugestii, że to pierwsze spotkanie nie będzie naszym ostatnim. Ale już
ja się postaram, żeby tak się stało. A kiedy czegoś pragnąłem, byłem gotowy
poruszyć piekło, żeby to dostać.
