środa, 15 sierpnia 2018

X



Przewróciłem oczami, słysząc jej pytanie. Wydawało mi się, że zrozumiała aluzję, po co więc tyle słów prowadzących do oczywistych wyjaśnień? Im dłużej trwała nasza rozmowa, tym bardziej bezpiecznie i pewnie czuła się koleżanka naprzeciwko. To pycha czy ślepa wiara w moje słowa pozwoliła jej z tego wypłoszonego zwierzątka zmienić się w kota, który okropnie pragnie mieć grzywę lwa? Ufała mi, że nie zrobię jej krzywdy albo miała w zapasie coś, co pozwalało jej się czuć bardziej swobodnie. O ile pierwsza opcja była mało prawdopodobna i niegroźna – przynajmniej dla mnie – o tyle druga spinała do gotowości i nawet większej czujności. Nie mogłem jej tracić na rzecz gierek. Porzuciłem więc chęć odpowiedzi na jej pytanie, choć słowa wyjaśniające moją pewność w tym temacie formułowały się już na końcu języka.
Skąd taka nagła zmiana? To pytane powracało z każdym wdechem, zmuszając mnie do wytężenia słuchu i wzroku, skupienia się nie tylko na kobiecie, ale też otoczeniu. Podejrzane. A ja nie lubiłem, kiedy ktoś swobodnie zastawiał na mnie pułapki.
— Ja nie rozdzieliłem żadnych roli między nas — odpowiedziałem naturalnie, bez gniewu w głosie, zbyt zajęty obserwacją, żeby teraz pozwolić sobie na coś tak dziecinnego jak obrażenie się. — Ale skoro o tym wspominasz, rozumiem, że dla ciebie już są rozdane. To mile łechta moje ego, tym bardziej, że sama siebie postawiłaś w roli ofiary. — Zmrużyłem lekko oczy i odpowiedziałem uśmiechem, tym razem bardziej wymuszonym niż wcześniejsze. Faktycznie ciekawym było, że o tym mówiła. Czyli czuła się postawiona w tej roli, być może tak złudnie, jak jeszcze ja sam czułem chwilę temu – ze względu na pogoń przez tłum ludzi, a potem kluczenie w labiryncie i kontakt fizyczny, na który sobie pozwoliłem.
O ile uznawałem, że grożenie innym jest zabawne, o tyle hipokryzja nie pozwalała mi lubić gróźb, kiedy ktoś starał się je kierować do mnie. Leżało to w naturze wszystkich upadłych aniołów zmagających się ze złem czającym na świecie i w naszych sercach, którego to zła nie potrafiliśmy zaakceptować jako integralnej części życia. Faktu, że zło i dobro są ze sobą splecione w nierozerwalnym uścisku i jednego bez drugiego nie miałoby racji bytu. Aż w końcu ta część przejmowała główną rolę, wysuwała się na prowadzenie. To, co było w nas chore, co było powodem cierpienia, a następnie wygnania w końcu stawało się głównym atutem – skoro nie umieliśmy sobie z tym poradzić, ono radziło sobie z nami w ten sposób. Z drobnej cząstki stawało się istotą naszego bytu. Główną siłą wynikającą z naszej słabości i ułomności. A moja niechęć do gróźb kierowanych w moją stronę wynikała z pychy i dumy, którą nosiliśmy niczym tarcze, nie pozwalające aby ktoś znów nas zranił tak, jak zrobił to Bóg setki, a może nawet tysiące lat temu.
Kobieta znów się odezwała, wybijając mnie na moment z rytmu. Przyznawała się tak otwarcie? Szok odbił się tylko kilkoma przyspieszonymi uderzeniami serca, aż do głosu znów nie doszedł rozsądek, tym razem o wiele bardziej spowolniony w reakcji na takie nowości. Wysłannicy nieba nie uciekają jak podlotki. Nie muszą ukrywać twarzy. Och kurwa, spotkałem ich tutaj tyle na przestrzeni milenium i przecież każdy z nich był inny, ale to jedno, moment w którym nasze spojrzenia się skrzyżowały, a ona rzuciła do ucieczki jak przestraszone zwierzę, nie dawało mi spokoju. Tamta reakcja była szczera. To teraz – chciało by się rzec, że sam jeden Bóg wie. Jakby jego wciąż jeszcze obchodziły jego dzieci. Prawdziwych, nie tych pasożytów toczących planetę Ziemię.
— Więc jesteś z nieba — odpowiedziałem, a właściwie powtórzyłem coś, czego ona nie powiedziała wprost. Jeśli naprawdę wysłała ją góra, jeśli naprawdę była aniołem... Musieliśmy się spotkać. Może stąd to drążące mnie uczucie niepokoju i nostalgii, które wciąż kręciło mi się w koło innych myśli i rodzaj aury, który wyczuwałem z jej strony tak mocno. Niestety, najwyraźniej żadne z nas nie zamierzało zdradzić prawdziwego imienia. A bez niego również żadne z nas nie mogło zrozumieć, na czym obecnie stoi nasza nowo zawiązana znajomość. Ja natomiast nie tylko nie miałem w zamiarze mówić jej o swoim pochodzeniu, ale też o celu, dla którego zszedłem na Ziemię. — Mówisz, że nie chcesz być ofiarą, a wciąż dajesz mi wybór. Prawie czuję się zaszczycony — dodałem, czując jak coś niebezpiecznego zaczyna formować mi się w brzuchu. Rozumiałem, że teraz udało się jej obudzić żrącą wściekłość wesołym stwierdzeniem, które dodała na sam koniec. — Zatem wyświadczę ci przysługę i wybiorę pułapkę tak, żeby bolało, kiedy już wpadniesz w moje dłonie. Za groźby. Nie przepadam za nimi, zwłaszcza od dziewczyn bojących się pokazać twarz. I cóż, mam nadzieję, że chociaż na torturach nie jesteś wybredna, skarbie — dodałem równie wesoło, w dziecinny sposób się z nią drocząc tak, jak ona ze mną i celowo naśladując jej manierę spoufalania się ze mną poprzez dodawanie słodkich słówek na końcu wypowiedzi. Archaniołowie znali się na torturach. Te istoty, które po prostu trochę lepiej od nas kryły się z mrokiem drążącym ich serca nieraz skuteczniej wyciągały informacje niż my.
Odwróciłem się lekko przez ramię, nasłuchując odległych dźwięków silników ścigających się na torze motocykli. Nie mogłem jej tak puścić, z drugiej strony czułem, że ta rozmowa zaczyna się robić tylko dziecinnym przepychaniem się słowami, za którymi nie stały żadne czyny – a tym gardziłem nawet bardziej, niż aniołami.
— Byłoby tak łatwo, gdybym też ci powiedział skąd jestem — dodałem nagle, nie patrząc w jej stronę i zwalczając uczucie, które paliło się co prawda jasnym płomieniem, ale za to jakże krótko. Złość usunęła się gdzieś na bok, bo przecież ona nie mogła być dla mnie żadnym zagrożeniem. — Ale nie jestem tak wyrozumiały, jak ty. Dam ci się domyślać. Niebo? Czy piekło? A może nie jestem aniołem? — przeniosłem stalowo zimne spojrzenie ponownie na kobietę, a w moich oczach błyszczało coś dziwnego, czego nie potrafiłem nazwać. — Nie zrozum  mnie źle, ale na rzecz rozmowy donikąd nie dążącej mija mnie wspaniała rozrywka na torze.
Miałem nadzieję, że to brzmiało na miłe pożegnanie. Nie miałem długopisu ani kartki. Odwróciłem się znów, tym razem przodem do brudnej naczepy i napisałem na niej palcem dziewięciocyfrowy numer telefonu.
— Zadzwoń jak się znudzisz.
Łap przynętę, dziewczyno. Przecież widzę, że sama jesteś mną zainteresowana.
@GT - Tyler