czwartek, 16 sierpnia 2018

XII



Ach, ci wysłannicy Nieba. Wszystko biorą do siebie zawsze tak dosadnie, wszystko chcą podporządkować, wyrównać do linijki, a każde słowo zaszufladkować zgodnie z jedynym, właściwym według nich sposobem użycia. Istota przede mną zdawała się raz doskonale rozumieć na czym polega ta gra tylko po to, żeby przy następnym razie zupełnie się w niej nie łapać. Może była to cenna wskazówka, ale przegapiłem ją na rzecz przyglądania się jej, najpierw wycofującej, a potem pustej przestrzeni, w której widziałem zarys jej sylwetki po raz ostatni.
Szkoda, że drobna zaczepka nie pomogła i Lana Gold nie odsłoniła ani cala więcej twarzy spod tego cholernego kaptura. To nie było poczucie winy ani żal za zaprzepaszczoną okazją, raczej spostrzeżenie, które dotarło do mnie wraz ze świszczącym wydechem w chwili, w której zostałem sam na parkingu dla ciężarówek. Więc pozostanie mi tylko domyślanie się jak wygląda na podstawie zarysu podbródka i niewyraźnego kształtu ust? Zostanę z dziurą w brzuchu i ssącą pustką wciągającą wszystkie myśli niczym czarna dziura każde ciało w swoim otoczeniu? Zabawne, że nie walczyłem o to, żeby ją zobaczyć, żeby zedrzeć jej ten kaptur z głowy. Przecież mogłem, miałem ku temu znakomitą okazję – a nawet jeśli bym jej nie miał, umiałem przecież doskonale okazje stwarzać – ale nie zrobiłem tego. Pozwoliłem jej wydrzeć ze mnie kawałek i wziąć ze sobą wraz z numerem telefonu zapisanym palcem na brudnej plandece naczepy.
Czemu?
Wbrew wszystkim odważnym słowom, dlaczego czułem, że nie mogę jej zranić? Jeszcze nie, dopóki nie przekonam się, że to wszystko, co się wydarzyło, a przede wszystkim to uczucie, które mną szarpnęło w jej obecności było tylko nieśmiesznym żartem losu. A kiedy już wykluczę wszelkie możliwości, wtedy... Wtedy nie będzie mnie już obchodzić na tyle, żeby cokolwiek jej robić. Prawdopodobnie. Wbrew pozorom nie miałem zbyt wielkiego celu w walce z wysłannikami Niebios, wiązało się to tylko z dodatkową robotą papierkową i narastającymi w zaświatach niesnaskami. A to nie sprzyjało walkom między rasami na Ziemi. Siły musiałem zostawić na później. Kiedy wojna pochłonie też mnie, kiedy rozkaże wrócić do Ojczyzny i tam stawić czoła takim, jak ona. Wtedy ją zabiję. Najpewniej.
Niebezpiecznie byłoby zakładać, że nic się nie zmieni w moich założeniach. A jednak miałem nadzieję, że tak się stanie. Naprawdę. Nawet, jeżeli w głębi czarnego serca wiedziałem, że nic nie jest przypadkiem.
Jeszcze kilka chwil stałem w miejscu, aż wreszcie otrząsnąłem się z rozmyślań i z rękami wciśniętymi w kieszenie spodni ruszyłem w drogę powrotną na tor. Wolno, krok po kroku wydostając się z labiryntu, a potem dołączając się do rzadszego teraz potoku ludzi idących w stronę głównego zamieszania. I mimo wszelkich starań, nie potrafiłem zapomnieć o tym, co się wydarzyło, nawet odsunąć tego na bok dla przyjemności dzisiejszego wieczora. A w obliczu nadchodzących dni – na reakcję dawałem jej maksymalnie pięć – nie cieszyła mnie ani wizja wyścigu, ani alkoholu, ani nawet dobrej kobiety. Wszystko, po co dzisiaj przyjechałem stało się nijakie na rzecz Lany Gold, która nawet nie pokazała twarzy.

— Żartujesz sobie?
Dźwięczny śmiech rozniósł się po eleganckim pomieszczeniu, powodując że mój i tak już kiepski humor nawet się pogorszył. Zmarszczyłem brwi, wbijając ostre, wściekłe spojrzenie we współlokatora. Miało oznaczać jasno, że wyjątkowo nie mam nastroju na żarty i żeby ich sobie nie robił, ale choć z pewnością doskonale to zrozumiał, najwyraźniej miał to w głębokim poważaniu.
— Po co? Beze mnie już nawet dupy nie umiesz wyrwać? — zapytał, kiedy milczenie zaczęło się przedłużać. Na jego twarzy wciąż pozostawał ten sam, bezczelny uśmiech, a w dłoni trzymał szklankę z grubego szkła, wypełnioną whisky i brzęczącymi cicho kostkami lodu przy każdym drobnym ruchu.
— Leraje... Czy ty słyszałeś choć jedno moje słowo? Ja nie żartuję.
— Słyszałem każde. I wyjątkowo mi się to nie podoba, a pytam żeby się upewnić, czy naprawdę pojebało cię już do końca. Jeśli wysłali ją z Nieba, nie zamierzam się tam pojawiać. Dość już mam zatargów z tymi pierdolonymi Aniołami. Po ostatnim do teraz mnie boli noga przy każdej zmianie pogody.
Prychnął prosto w szklankę i pociągnął kilka długich łyków.
Leraje i ja byliśmy... Chociaż to słowo nigdy by mi nie przeszło przez gardło, a temu awanturnikowi już zwłaszcza, to jak na ludzkie standardy byliśmy przyjaciółmi. Wynajmowaliśmy razem apartament na jednej z najwyższych kondygnacji budynku, a przez wielkie przeszklenie nowocześnie umeblowanego salonu, w którym siedzieliśmy, rozciągał się jak zwykle bajeczny widok na panoramę Los Angeles. Zwykle nie trzeba było mu dwa razy powtarzać, że wychodzimy na drinka – uwielbiał wolne wieczory spędzane w klubach i barach, śmiem nawet twierdzić, że w ciągu swojego pobytu na ziemi zwiedził już wszystkie, jakie to miasto miało do zaoferowania. A pewnie nawet i każde inne w tym stanie. Niestety, popełniłem krytyczny błąd przy podawaniu informacji, nie myśląc zbyt wiele jeszcze wczoraj po powrocie do mieszkania – i po szybkim numerku – opowiedziałem mu o sytuacji z Laną Gold. O tym, jak mogło to się wiązać z moją sprawą. Jak również o tym, co moglibyśmy zyskać na tym spotkaniu.
Oczywiście ani słowem nie pisnąłem o uczuciu, które kobieta we mnie wywołała ani o tym, że nawet nie pokazała mi twarzy. Znałem Leraje i wiedziałem, że zawsze wykorzysta każdą taką nowinkę żeby mnie udupić, tym chętniej jeśli dotyczyła kobiet, do których miał ogromną słabość. Poza tym nasza przyjaźń nie była ludzka. Nie ufałem mu tak, jak ludzie umieją sobie zaufać. Nie dlatego, że go nie lubiłem.
Po prostu nigdy nie ufałem nikomu.
— Za dużo czasu spędzasz na ziemi — odezwał się znowu, wyrywając mnie z chwilowego zamyślenia. Czy to była troska? Jeszcze tego mi brakowało. — Teraz to ja mówię poważnie. Nie umiesz już nawet logicznie ocenić sytuacji. Co ten anioł ci zrobił? Nie wierzę, że chodzi o jakieś informacje. Chcesz czy nie, akurat ja cię znam. Czegoś nie mówisz, to oczywiste, ale wiem też, że nie zachowywałbyś się tak, gdyby nie chodziło o coś więcej niż sprawa. Teraz, kurwa mać, umawiasz się z nią na drinka. A jeszcze kilkaset lat temu nawet nie puściłbyś jej z życiem po pierwszym spotkaniu.
— Pójdziesz ze mną czy nie? — zapytałem bezpośrednio, przerywając mu i jednocześnie zaplatając ręce na kletce piersiowej. Leraje siedział rozwalony na kanapie obitej w białą skórę, a ja stałem po drugiej stronie kompletu wypoczynkowego. On gapił się za okno, ja prosto na niego.
— Nie. A ty daj sobie spokój. Mówię ci, że z tego nie wyjdzie nic dobrego. Za to chętnie pójdę z tobą na drinka. W inne miejsce — dodał szybko i z naciskiem na ostatnie zdanie, wreszcie leniwie przenosząc na mnie spojrzenie.
— W takim razie żegnaj się z Lily. Najlepiej przez telefon, bo nie zdążysz dojechać tam przede mną — odpowiedziałem nonszalancko, zachowując kamienny wyraz twarzy, co było nie lada wyzwaniem, kiedy tak pobladł i drgnął, a jego spojrzenie się wyostrzyło. Dla pogłębienia efektu sięgnąłem po marynarkę przewieszoną przez oparcie fotela i ruszyłem w stronę drzwi wyjściowych, nie oglądając się ani raz przez ramię.
Pięć, cztery, trzy, dwa...
— Dobra! Kurwa. Pójdę — warknął, z hukiem odstawiając szklankę na stół. Zatrzymałem się, wciąż plecami do niego. Słyszałem, jak się podnosi. — Mogę obserwować, ale nie będę się zbliżał do Anioła. Idziemy tam osobno. Nie znamy się. Rozumiesz?
— Wyjdź za piętnaście minut. Adres prześlę ci na telefon po drodze — odpowiedziałem, nie kryjąc w głosie satysfakcji, która miała go dodatkowo wkurzyć. — I ubierz się jak na demona przystało.
Znów ruszyłem w kierunku drzwi, zakładając jednocześnie marynarkę, bez wspominania o napomkniętym temacie rozmowy. Nawet, jeśli słowa o czasie spędzonym na ziemi wciąż dźwięczały mi nieprzyjemnie w uszach. Jak głos rozsądku, który wciąż spychałem na granice świadomości, za każdym razem powtarzając, że kiedy indziej będzie lepszy czas na zastanowienie się nad tym.
— I nie chodzi o wyrywanie dupy.
— Jasne. Kurwa, jasne.
Uśmieszku na moich ustach już nie zobaczył, bo właśnie zamykałem drzwi za swoimi plecami, a chwilę później po drugiej stronie rozbiło się na nich szkło. I dobrze. Ten uśmiech nie był bynajmniej czymś, czym mogłem się chwalić – zwłaszcza, że nie umiałem nad nim zapanować na myśl, że odpisała, podała adres pracy i zaproponowała drinka po niespełna dwudziestu czterech godzinach.
A ja dawałem jej na to aż pięć dni.

Mój zegarek wskazywał z piętnaście dwunastą, kiedy stanąłem przed wejściem do baru. Poprawiłem mankiety koszuli, dłonią zaczesałem włosy do tyłu, chrząknąłem nawet cicho... I dopiero wtedy z zażenowaniem dotarło do mnie, co właściwie robię. Leraje miał rację. Spędziłem na Ziemi już tyle czasu, że niektóre sprawy zaczynały się zniekształcać; obserwowałem je w krzywym zwierciadle, robiąc z siebie idiotę i pośmiewisko wszystkich porządnych demonów.
O co chodziło? Nie zależało mi na dobrym wrażeniu na tej lasce. Byłaby jak każda inna, zupełnie nieistotna, gdyby nie to uczucie, to wrażenie... A jego od chwili naszego pierwszego spojrzenia nie mogłem się pozbyć nawet na moment.
W końcu wszedłem do baru. Panował tu półmrok, stoliki były przyjemnie zacienione, co dawało pewnie możliwość dyskrecji i poczucie prywatności – z której jak widać na pierwszy rzut oka niektóre pary całkiem swobodnie korzystały. Minąłem hol wejściowy, swobodnym krokiem przemieszczając się w całkiem pokaźnej liczbie klientów, wciągałem zapach cygar i perfum mieszających się tutaj w całkiem przyjemną mieszankę. Tu pracujesz? Skierowałem się wreszcie w stronę baru – najpierw tylko spojrzenie, przygotowując się na to, co mogę tam zobaczyć. Sam bar był lepiej oświetlony, pewnie dla wygodny pracujących.
Spojrzenie natychmiast odnalazło twarz i przypisało jej imię; przynajmniej to ziemskie. Czułem, jak serce nabiera szaleńczego tempa, jak mrugam kilka razy na widok osoby, której nawet nie kojarzyłem i którą znałem doskonale naraz. Jak zatrzymuję się w miejscu na moment, irytując tym gestem faceta idącego za mną. Dał wyraz złości w jakichś słowach, kiedy mnie mijał, ale nie zapamiętałem ani jednego z nich.
Dlatego, że Lana Gold podniosła głowę i spojrzała prosto na mnie, nawet nieszczególnie rozglądając się po pomieszczeniu. Jakby od dawna wiedziała, że tu stanę. Jakby odliczała tylko sekundy.
Otrząsnąłem się wreszcie, z trudem ponaglając się do postawienia kolejnych kroków. A każdy  jeden skracał dystans, który miałem do pokonania do baru. Do anioła, który tam stał w towarzystwie jakiejś innej kobiety. Do wrażenia, które znów wierzgnęło gdzieś w moich wnętrznościach. Zdałem sobie sprawę, że się uśmiecham w chwili, w której usiadłem na stołku barowym wprost naprzeciwko kobiety o złotych włosach i pięknej twarzy, którą zobaczyłem po raz pierwszy – a którą, jak głupie by się to nie wydawało, czułem, że znam.
Słowa Leraje odbiły się echem w czaszce i rozpierzchły w nicości.
— Chętnie wpadnę na drinka — rzuciłem na przywitanie, nie marnując czasu na zwykłe słowa przywitania. — I jednak to ty wybrałaś miejsce drugiej randki, całe szczęście. Wreszcie widzę twoją twarz — zauważyłem jeszcze, nie odrywając od niej spojrzenia. — Gdybym wiedział wcześniej... W taką pułapkę zawsze wpadam z nieskrywaną przyjemnością.
Co się dzieje? Co się działo ze mną?
— Whisky z colą. Chyba, że masz do polecenia coś bardziej godnego do uczczenia mojego przyszłego cierpienia.
Na moment pozwoliłem sobie być tak, jak chciałem być. Dać się omotać pięknym oczom. Zapomnieć, że to wszystko... Że tym razem to ja mogę być muchą z otwartymi ramionami wpadającą w pajęczą sieć. Muchą, która na dodatek czerpie z tego przyjemność.
@GT - Tyler