Ach, ci wysłannicy
Nieba. Wszystko biorą do siebie zawsze tak dosadnie, wszystko chcą
podporządkować, wyrównać do linijki, a każde słowo zaszufladkować zgodnie z
jedynym, właściwym według nich sposobem użycia. Istota przede mną zdawała się
raz doskonale rozumieć na czym polega ta gra tylko po to, żeby przy następnym
razie zupełnie się w niej nie łapać. Może była to cenna wskazówka, ale
przegapiłem ją na rzecz przyglądania się jej, najpierw wycofującej, a potem pustej
przestrzeni, w której widziałem zarys jej sylwetki po raz ostatni.
Szkoda, że drobna zaczepka
nie pomogła i Lana Gold nie odsłoniła ani cala więcej twarzy spod tego
cholernego kaptura. To nie było poczucie winy ani żal za zaprzepaszczoną
okazją, raczej spostrzeżenie, które dotarło do mnie wraz ze świszczącym wydechem
w chwili, w której zostałem sam na parkingu dla ciężarówek. Więc pozostanie mi
tylko domyślanie się jak wygląda na podstawie zarysu podbródka i niewyraźnego kształtu
ust? Zostanę z dziurą w brzuchu i ssącą pustką wciągającą wszystkie myśli
niczym czarna dziura każde ciało w swoim otoczeniu? Zabawne, że nie walczyłem o
to, żeby ją zobaczyć, żeby zedrzeć jej ten kaptur z głowy. Przecież mogłem,
miałem ku temu znakomitą okazję – a nawet jeśli bym jej nie miał, umiałem przecież
doskonale okazje stwarzać – ale nie zrobiłem tego. Pozwoliłem jej wydrzeć ze
mnie kawałek i wziąć ze sobą wraz z numerem telefonu zapisanym palcem na brudnej
plandece naczepy.
Czemu?
Wbrew wszystkim odważnym
słowom, dlaczego czułem, że nie mogę jej zranić? Jeszcze nie, dopóki nie
przekonam się, że to wszystko, co się wydarzyło, a przede wszystkim to uczucie,
które mną szarpnęło w jej obecności było tylko nieśmiesznym żartem losu. A
kiedy już wykluczę wszelkie możliwości, wtedy... Wtedy nie będzie mnie już
obchodzić na tyle, żeby cokolwiek jej robić. Prawdopodobnie. Wbrew pozorom nie
miałem zbyt wielkiego celu w walce z wysłannikami Niebios, wiązało się to tylko
z dodatkową robotą papierkową i narastającymi w zaświatach niesnaskami. A to
nie sprzyjało walkom między rasami na Ziemi. Siły musiałem zostawić na później.
Kiedy wojna pochłonie też mnie, kiedy rozkaże wrócić do Ojczyzny i tam stawić
czoła takim, jak ona. Wtedy ją zabiję. Najpewniej.
Niebezpiecznie
byłoby zakładać, że nic się nie zmieni w moich założeniach. A jednak miałem
nadzieję, że tak się stanie. Naprawdę. Nawet, jeżeli w głębi czarnego serca wiedziałem,
że nic nie jest przypadkiem.
Jeszcze kilka chwil
stałem w miejscu, aż wreszcie otrząsnąłem się z rozmyślań i z rękami wciśniętymi
w kieszenie spodni ruszyłem w drogę powrotną na tor. Wolno, krok po kroku
wydostając się z labiryntu, a potem dołączając się do rzadszego teraz potoku
ludzi idących w stronę głównego zamieszania. I mimo wszelkich starań, nie
potrafiłem zapomnieć o tym, co się wydarzyło, nawet odsunąć tego na bok dla
przyjemności dzisiejszego wieczora. A w obliczu nadchodzących dni – na reakcję
dawałem jej maksymalnie pięć – nie cieszyła mnie ani wizja wyścigu, ani
alkoholu, ani nawet dobrej kobiety. Wszystko, po co dzisiaj przyjechałem stało
się nijakie na rzecz Lany Gold, która nawet nie pokazała twarzy.
— Żartujesz sobie?
Dźwięczny śmiech
rozniósł się po eleganckim pomieszczeniu, powodując że mój i tak już kiepski
humor nawet się pogorszył. Zmarszczyłem brwi, wbijając ostre, wściekłe
spojrzenie we współlokatora. Miało oznaczać jasno, że wyjątkowo nie mam
nastroju na żarty i żeby ich sobie nie robił, ale choć z pewnością doskonale to
zrozumiał, najwyraźniej miał to w głębokim poważaniu.
— Po co? Beze mnie
już nawet dupy nie umiesz wyrwać? — zapytał, kiedy milczenie zaczęło się
przedłużać. Na jego twarzy wciąż pozostawał ten sam, bezczelny uśmiech, a w
dłoni trzymał szklankę z grubego szkła, wypełnioną whisky i brzęczącymi cicho
kostkami lodu przy każdym drobnym ruchu.
— Leraje... Czy ty
słyszałeś choć jedno moje słowo? Ja nie żartuję.
— Słyszałem każde.
I wyjątkowo mi się to nie podoba, a pytam żeby się upewnić, czy naprawdę
pojebało cię już do końca. Jeśli wysłali ją z Nieba, nie zamierzam się tam
pojawiać. Dość już mam zatargów z tymi pierdolonymi Aniołami. Po ostatnim do
teraz mnie boli noga przy każdej zmianie pogody.
Prychnął prosto w
szklankę i pociągnął kilka długich łyków.
Leraje i ja
byliśmy... Chociaż to słowo nigdy by mi nie przeszło przez gardło, a temu
awanturnikowi już zwłaszcza, to jak na ludzkie standardy byliśmy przyjaciółmi.
Wynajmowaliśmy razem apartament na jednej z najwyższych kondygnacji budynku, a
przez wielkie przeszklenie nowocześnie umeblowanego salonu, w którym
siedzieliśmy, rozciągał się jak zwykle bajeczny widok na panoramę Los Angeles.
Zwykle nie trzeba było mu dwa razy powtarzać, że wychodzimy na drinka –
uwielbiał wolne wieczory spędzane w klubach i barach, śmiem nawet twierdzić, że
w ciągu swojego pobytu na ziemi zwiedził już wszystkie, jakie to miasto miało
do zaoferowania. A pewnie nawet i każde inne w tym stanie. Niestety, popełniłem
krytyczny błąd przy podawaniu informacji, nie myśląc zbyt wiele jeszcze wczoraj
po powrocie do mieszkania – i po szybkim numerku – opowiedziałem mu o sytuacji
z Laną Gold. O tym, jak mogło to się wiązać z moją sprawą. Jak również o tym,
co moglibyśmy zyskać na tym spotkaniu.
Oczywiście ani
słowem nie pisnąłem o uczuciu, które kobieta we mnie wywołała ani o tym, że
nawet nie pokazała mi twarzy. Znałem Leraje i wiedziałem, że zawsze wykorzysta
każdą taką nowinkę żeby mnie udupić, tym chętniej jeśli dotyczyła kobiet, do
których miał ogromną słabość. Poza tym nasza przyjaźń nie była ludzka. Nie
ufałem mu tak, jak ludzie umieją sobie zaufać. Nie dlatego, że go nie lubiłem.
Po prostu nigdy nie
ufałem nikomu.
— Za dużo czasu
spędzasz na ziemi — odezwał się znowu, wyrywając mnie z chwilowego zamyślenia.
Czy to była troska? Jeszcze tego mi brakowało. — Teraz to ja mówię poważnie.
Nie umiesz już nawet logicznie ocenić sytuacji. Co ten anioł ci zrobił? Nie
wierzę, że chodzi o jakieś informacje. Chcesz czy nie, akurat ja cię znam.
Czegoś nie mówisz, to oczywiste, ale wiem też, że nie zachowywałbyś się tak,
gdyby nie chodziło o coś więcej niż sprawa. Teraz, kurwa mać, umawiasz się z
nią na drinka. A jeszcze kilkaset lat temu nawet nie puściłbyś jej z życiem po
pierwszym spotkaniu.
— Pójdziesz ze mną
czy nie? — zapytałem bezpośrednio, przerywając mu i jednocześnie zaplatając
ręce na kletce piersiowej. Leraje siedział rozwalony na kanapie obitej w białą
skórę, a ja stałem po drugiej stronie kompletu wypoczynkowego. On gapił się za
okno, ja prosto na niego.
— Nie. A ty daj
sobie spokój. Mówię ci, że z tego nie wyjdzie nic dobrego. Za to chętnie pójdę
z tobą na drinka. W inne miejsce — dodał szybko i z naciskiem na ostatnie
zdanie, wreszcie leniwie przenosząc na mnie spojrzenie.
— W takim razie
żegnaj się z Lily. Najlepiej przez telefon, bo nie zdążysz dojechać tam przede
mną — odpowiedziałem nonszalancko, zachowując kamienny wyraz twarzy, co było
nie lada wyzwaniem, kiedy tak pobladł i drgnął, a jego spojrzenie się
wyostrzyło. Dla pogłębienia efektu sięgnąłem po marynarkę przewieszoną przez
oparcie fotela i ruszyłem w stronę drzwi wyjściowych, nie oglądając się ani raz
przez ramię.
Pięć, cztery, trzy,
dwa...
— Dobra! Kurwa.
Pójdę — warknął, z hukiem odstawiając szklankę na stół. Zatrzymałem się, wciąż
plecami do niego. Słyszałem, jak się podnosi. — Mogę obserwować, ale nie będę
się zbliżał do Anioła. Idziemy tam osobno. Nie znamy się. Rozumiesz?
— Wyjdź za piętnaście
minut. Adres prześlę ci na telefon po drodze — odpowiedziałem, nie kryjąc w
głosie satysfakcji, która miała go dodatkowo wkurzyć. — I ubierz się jak na
demona przystało.
Znów ruszyłem w
kierunku drzwi, zakładając jednocześnie marynarkę, bez wspominania o napomkniętym
temacie rozmowy. Nawet, jeśli słowa o czasie spędzonym na ziemi wciąż
dźwięczały mi nieprzyjemnie w uszach. Jak głos rozsądku, który wciąż spychałem
na granice świadomości, za każdym razem powtarzając, że kiedy indziej będzie
lepszy czas na zastanowienie się nad tym.
— I nie chodzi o
wyrywanie dupy.
— Jasne. Kurwa,
jasne.
Uśmieszku na moich
ustach już nie zobaczył, bo właśnie zamykałem drzwi za swoimi plecami, a chwilę
później po drugiej stronie rozbiło się na nich szkło. I dobrze. Ten uśmiech nie
był bynajmniej czymś, czym mogłem się chwalić – zwłaszcza, że nie umiałem nad
nim zapanować na myśl, że odpisała, podała adres pracy i zaproponowała drinka
po niespełna dwudziestu czterech godzinach.
A ja dawałem jej na
to aż pięć dni.
Mój zegarek
wskazywał z piętnaście dwunastą, kiedy stanąłem przed wejściem do baru. Poprawiłem
mankiety koszuli, dłonią zaczesałem włosy do tyłu, chrząknąłem nawet cicho... I
dopiero wtedy z zażenowaniem dotarło do mnie, co właściwie robię. Leraje miał
rację. Spędziłem na Ziemi już tyle czasu, że niektóre sprawy zaczynały się
zniekształcać; obserwowałem je w krzywym zwierciadle, robiąc z siebie idiotę i
pośmiewisko wszystkich porządnych demonów.
O co chodziło? Nie
zależało mi na dobrym wrażeniu na tej lasce. Byłaby jak każda inna, zupełnie
nieistotna, gdyby nie to uczucie, to wrażenie... A jego od chwili naszego
pierwszego spojrzenia nie mogłem się pozbyć nawet na moment.
W końcu wszedłem do
baru. Panował tu półmrok, stoliki były przyjemnie zacienione, co dawało pewnie
możliwość dyskrecji i poczucie prywatności – z której jak widać na pierwszy rzut
oka niektóre pary całkiem swobodnie korzystały. Minąłem hol wejściowy,
swobodnym krokiem przemieszczając się w całkiem pokaźnej liczbie klientów,
wciągałem zapach cygar i perfum mieszających się tutaj w całkiem przyjemną
mieszankę. Tu pracujesz? Skierowałem się wreszcie w stronę baru – najpierw tylko
spojrzenie, przygotowując się na to, co mogę tam zobaczyć. Sam bar był lepiej
oświetlony, pewnie dla wygodny pracujących.
Spojrzenie natychmiast
odnalazło twarz i przypisało jej imię; przynajmniej to ziemskie. Czułem, jak
serce nabiera szaleńczego tempa, jak mrugam kilka razy na widok osoby, której
nawet nie kojarzyłem i którą znałem doskonale naraz. Jak zatrzymuję się w miejscu
na moment, irytując tym gestem faceta idącego za mną. Dał wyraz złości w
jakichś słowach, kiedy mnie mijał, ale nie zapamiętałem ani jednego z nich.
Dlatego, że Lana
Gold podniosła głowę i spojrzała prosto na mnie, nawet nieszczególnie
rozglądając się po pomieszczeniu. Jakby od dawna wiedziała, że tu stanę. Jakby
odliczała tylko sekundy.
Otrząsnąłem się
wreszcie, z trudem ponaglając się do postawienia kolejnych kroków. A każdy jeden skracał dystans, który miałem do
pokonania do baru. Do anioła, który tam stał w towarzystwie jakiejś innej
kobiety. Do wrażenia, które znów wierzgnęło gdzieś w moich wnętrznościach.
Zdałem sobie sprawę, że się uśmiecham w chwili, w której usiadłem na stołku
barowym wprost naprzeciwko kobiety o złotych włosach i pięknej twarzy, którą
zobaczyłem po raz pierwszy – a którą, jak głupie by się to nie wydawało, czułem,
że znam.
Słowa Leraje odbiły
się echem w czaszce i rozpierzchły w nicości.
— Chętnie wpadnę na
drinka — rzuciłem na przywitanie, nie marnując czasu na zwykłe słowa
przywitania. — I jednak to ty wybrałaś miejsce drugiej randki, całe szczęście. Wreszcie widzę twoją twarz — zauważyłem jeszcze, nie odrywając od niej
spojrzenia. — Gdybym wiedział wcześniej... W taką pułapkę zawsze wpadam z nieskrywaną
przyjemnością.
Co się dzieje? Co
się działo ze mną?
— Whisky z colą.
Chyba, że masz do polecenia coś bardziej godnego do uczczenia mojego przyszłego
cierpienia.
Na moment
pozwoliłem sobie być tak, jak chciałem być. Dać się omotać pięknym oczom.
Zapomnieć, że to wszystko... Że tym razem to ja mogę być muchą z otwartymi
ramionami wpadającą w pajęczą sieć. Muchą, która na dodatek czerpie z tego
przyjemność.
