Postanowiłam oddać się pracy, w końcu po to tutaj byłam, a skoro sms i tak już poszedł, nic nie mogłam zrobić, więc roztrząsanie tego, co się stało powinnam sobie darować. Poza tym wiedziałam, że teraz jestem obserwowana przez te dwie mendy, które we dwójkę niemalże cały czas mi dokuczały. Nie winiłam ich za to, Dylan bardzo mi pomógł z aklimatyzacją. Co prawda wierzył, że pochodzę z małej wsi i uciekłam od rodziny, na rozmowie kwalifikacyjnej wyśmiał moje imię i nazwisko i zapytał kogo próbuję oszukać, bo pierwsze słyszy o tym, by ktoś tak się nazywał i pochodził znikąd. Wtedy byłam spanikowana, pewna, że oto pierwszy człowiek z którym spróbowałam wejść w bardziej znaczącą relację mnie przejrzał na wylot, a on tylko zaśmiał się i oznajmił, że nie zamierza mnie oceniać. Dodatkowo odnośnie mojego nazwiska dostałam z miejsca ksywkę, która przyjęła się z miejsca.
- Co tam złotko? - no właśnie. Sky nachyliła się nad ladą, w poszukiwaniu limonki, kołysząc przy tym hojnie obdarowanymi biodrami w rytm muzyki. - Twoje ciacho jeszcze się nie pojawiło? - sugestywnie uniosła kilka razy brwi, podając komuś gotowego drinka.
- Założyliście sobie z góry, że to nie wiadomo kto - mruknęłam, przewracając oczami, kiedy jeden z klientów przykładał kartę do terminala. - Poza tym to nie jest żadne moje ciacho - dodałam, bo ta kwestia wydawała mi się dość istotna, a oni podczas każdej zaczepki (bo tych już kilka w międzyczasie było) jakoś ją pomijali.
- Yhmmmm - wypchnęła swoje dość mięsiste usta, kręcąc przy tym głową w charakterystycznym dla niej wyrazie powątpiewania. - Odrzucasz tutaj każdego zalotnika i nagle zjawia się jeździec znikąd, łapie cię od tyłu, dociska do siebie, emocje buzują, szepce do ucha sprośne słówka, zostawia jedynie swój numer, a ty w nocy nie śpisz, w głowie mając tylko jego imię, mrucząc do siebie cicho i marząc o tym, by EJ! - nie dałam je dokończyć, bo kiedy tak kręciła się dookoła mnie, ocierając się o mnie dla polepszenia efektu, zmoczyłam rękę pod wodą i prysnęłam nią w twarz. Oczywiście, gdy szok minął, parsknęła głośnym śmiechem. - No, a nie jest tak? Kurwa, rumienisz się!
- Nie, nie jest! Jak mam się nie rumienić, kiedy dodajesz sobie takie bzdury - rzuciłam z przekąsem, po czym zajęłam się dość widowiskowym podpalaniem kilku kieliszków na raz, co zawsze podobało się klientom.
- Oj tam, po prostu podkręciłam trochę twoją wersję - wyjaśniła, a mnie nawet nie zaskoczyło, że Dylan się już z nią wszystkim podzielił. W barze nie było tajemnic, to jedna z zasad. Druga zasada wisiała w postaci obszernej tabliczki nad barem, której hasło głosiło "Tutaj się pali. Biernie, bądź czynnie - jak masz z tym problem, rozwiąż go gdzieś indziej."
- Raczej z nic nieznaczącego spotkania zrobiłaś scenę z filmu osiemnaście plus - rzuciłam, co wyjątkowo ją rozbawiło, a widząc, jak się szczerzy, sama nie wytrzymałam i prychnęłam kręcąc głową na boki.
Skylar była niereformowalna. Sama miała dość luźne podejście i nie wstydziła się go w żadnym calu, a my chyba ją za to kochaliśmy. Problem pojawiał się jednak wtedy, gdy chciała mi wpoić swoje podejście, wpychając mnie w łapska różnych typów. Wiem, że nie miała nic złego na myśli, ale cóż, było to dość niezręczne.
W każdym razie póki co odpuściła, a raczej kolejka była tak duża, że nie miała na mnie więcej czasu. Musiałyśmy obsłużyć klientów, a przy tym nieco pobajerować ich, aby napiwki były większe. W teorii praca nie była mi potrzebna, ale zarabianie pieniędzy było zabawne, nie czułam potrzeby nadużywania swoich anielskich zdolności, tym bardziej, że wystarczyło się uśmiechnąć, a panowie chętniej nie brali reszty, często płacąc wyjątkowo wysokimi nominałami.
Znów wpadłam w wir pracy, tracąc poczucie czasu. Odsunęłam od siebie myśli o Loganie, a przynajmniej wmawiałam sobie, że tak właśnie jest, żartując z klientami, próbując się rozluźnić. Jeśli miał tu się zjawić, chciałam wyglądać naturalnie, żeby nie myślał, że się stresowałam, czy biegałam od kąta do kąta wypatrując go. Nieważne, że w rzeczywistości co chwila przeczesywałam wzrokiem wnętrze, czując dziwny zawód, kiedy żadna z twarzy nie należała do osoby spotkanej wczorajszego wieczoru.
Być może pogodziłam się już z myślą, że tutaj nie przyjedzie. Może źle zapamiętałam numer? Z resztą, czy to ważne... to wcale nie tak, że mi zależało. Kłamałam. Zależało mi. Absurd, dlaczego tak mi zależało? Co w nim było takiego, że nie mogłam pozbyć się jego osoby z własnych myśli? Jakim prawem tak mieszał mi w głowie, zaledwie po jednej rozmowie, w dodatku wcale nie przyjacielskiej! Już miałam narzucić sobie surowe postanowienie zapomnienia o kłopotliwym mężczyźnie, kiedy coś nakazało mi unieść głowę. Zrobiłam to odruchowo, by po chwili zatrzymać się w połowie ruchu.
Przyjechał.
Nie spuszczaliśmy z siebie wzroku, nawet wtedy, gdy się poruszył. Sądziłam, być może, że nie będzie wiedział, kto w tym barze jest mną, a on odnalazł mnie bez problemu. Jego postawa nie świadczyła o żadnej niepewności. Wiedział, że to do mnie przyszedł i ta myśl w dziwny sposób wywoływała te same dreszcze, które czułam wczoraj. Z pogranicza strachu i fascynacji.
Spojrzałam na niego spod lekko opuszczonej głowy, kiedy tak usiadł na stołku, jakby ten na niego już czekał. Przełknęłam ślinę, a chociaż jego słowa mogły uchodzić za nieco bezczelne i niestosowne, nie powstrzymałam zawadiackiego uśmiechu.
- A jednak przyjechałeś, nie widząc wcześniej twarzy - zauważyłam poprawiając nieco włosy. - Zastanawiam się zatem do czego będziesz zdolny teraz, kiedy już wiesz, jak wyglądam - rzuciłam wyzywająco, nieszczególnie wiedząc, co mną kieruje. Odwróciłam się nieco bokiem, kątem oka zauważając, że Sky już podleciała do Dylana i patrzyli w naszą stronę, na całe szczęście w miarę dyskretnie. Mimo to pokręciłam głową z dezaprobatą.
- Skoro to ja jestem oprawcą, to też ja powinnam dyktować warunki - zauważyłam w tajemniczy sposób. Cały czas wyobrażając sobie tutaj jego pojawienie się, nieco inaczej wyglądało to w mojej głowie, niż teraz, kiedy zachowywaliśmy się tak, jakby wczorajszego wieczoru wcale nie doszło między nami do dość nieprzyjemnego udowadniania drugiej stronie, kto kogo powinien sie bać. Śmieszna zmiana, jednakże bardzo przyjemna, elektryzująca wręcz, poza tym możliwe było, że to klimat tego miejsca tak działał. Wygodniej było tak to sobie tłumaczyć, niż przyznawać się, że naprawdę świadomie uczestniczyłam w tej rozmowie, zafascynowana tym, że oto ktoś z taką aurą przyszedł do baru, w którym pracowałam. Być może byłam głupia, ale odrobina głupoty chyba nikomu nie zaszkodzi. Teraz nie byliśmy sami, tak usprawiedliwiałam sobie nieco obniżoną czujność.
Sięgnęłam po odpowiednie butelki, skoro lubił whisky pomysł narodził mi się w głowie całkiem szybko. Położyłam na barze burbon, wodę gazowaną i stając na palcach ściągnęłam ze ściany Angosturę. Do shakera poleciała kostka cukru trzcinowego, skropiona znalezioną odmianą wódki i tyle wody, bym wszystko mogła rozgnieść, a potem zamknąć naczynie i mieszać nim energicznie.
Uśmiechnęłam się do niego psotnie, podrzucając szejker, łapiąc go za plecami, chwilę wcześniej z tej samej dłoni wyrzucając szklankę, którą złapałam drugą za jej dno. Pewna, że zawartość się rozmieszała, otworzyłam shaker o blat stołu, wlewają jego zawartość do szklanki w której był już lód. Następnie poleciał burbon, potem pomarańcza, której skórką natarłam brzeg szklanki, a następnie wycisnęłam jej sok do środka, ostatecznie wrzucając ją do całego wywaru. Z tym krokiem położyłam gotowego drinka przed mężczyzną.
- Nazywa się Old Fashioned, coś wczoraj wspominałeś, że jesteś starej daty - puściłam mu oko. Odruchowo, niewiele o tym myśląc. Zaskoczona własnym gestem uniosłam delikatnie brew, a potem odwróciłam wzrok. - Na mój koszt, skoro to ja zaprosiłam - dodałam, zajmując się czyszczeniem shakera. W międzyczasie jakiś koleś z boku zamówił trzy piwa, więc musiałam go obsłużyć. To dało mi chwilę oddechu i w zasadzie przygotowanie się na to, jak moja rozmowa z Loganem ma przebiegać. Niebawem moja zmiana się kończyła, wtedy nie będzie wymówek. Zatrzymałam się przed nim, czerpiąc z tego, że nikt nam nie przeszkadza.
- Smakuje? - zapytałam, spoglądając na drinka. - Liczę, że to naprawi niesmak, jaki mógł się między nami wczoraj pojawić - dodałam, zerkając siłą rzeczy na jego twarz. Dotarła do mnie dziwna myśl, że chciałam jej dotknąć. Sprawdzić fakturę skóry, jakby się upewnić, że ją znam, chociaż nie miałam prawa jej znać. On tak na mnie działał, w sposób, jakie nie mogłam zrozumieć, a wrażenie z wczoraj wcale nie zelżało. Coś z nim było mocno nie tak, a ja bardzo chciałam się dowiedzieć, w czym tkwi diabeł. Być może powinnam sobie darować, ale teraz, kiedy tu był, zaledwie dzień po naszej pierwszej rozmowie, tylko dotkliwej czułam to niesamowite przyciąganie. Coś mówiło mi, że powinnam łaknąć jego bliskość, ale równocześnie miałam świadomość, że jest ona... zakazana? Jakby mój wewnętrzny kodeks doradzał mi nie ulegać niezrozumiałym pragnieniom. Tylko, że Logan Specter skutecznie uciszał mój zdrowy rozsądek.
