Jeszcze kilka sekund
temu mierzyliśmy się spojrzeniami i miałem wrażenie, że świat poza nami nie
istnieje. Nie dlatego, że faktycznie go nie było, że go nie słyszałem go albo
nie widziałem – przecież muzyka wypełniała pomieszczenie, odbijała się w
bębenkach uszu i wciąż ktoś mnie popychał, widziałem też kątem oka ruch za
barem innych pracowników. Odbierałem wszystkie bodźce zewnętrzne, do których
przystosowane było moje spłaszczone w sensie metafizycznym, ludzkie ciało. Ale
ten świat się nie liczył. Liczyła się istota przede mną i sam już nie mogłem
powiedzieć czy chodziło o nią, czy raczej o uczucie, które powodowała we mnie.
Choć i na tą wątpliwość wewnętrzny egoista, który sprawnie dominował wszelkie
inne „ja”, miał już gotową odpowiedź. Przechyleni nad barem, związani kontaktem
wzrokowym i czymś więcej, na co nie było ludzkiego określenia – jako że ludzie
nigdy nie odczuwali i nie będą odczuwać takich emocji – byliśmy dwoma
stworzeniami Boskimi w tłumie zwykłych śmiertelników z życiem mniej trwałym niż
pył na wietrze. Nie chodziło nawet o uczucie pychy i wywyższenia, przynajmniej
ja byłem na to za stary i zbyt doświadczony, a porównywanie się do ludzi nie
miało dla mnie celu tak samo, jak nie miało go porównywanie światów równoległych.
Nie chodziło o sprawę zaginionej duszy, którą ścigałem; przestałem się już
oszukiwać w tym temacie.
Chodziło o to wrażenie.
Jakby coś fizycznie przyciągało mnie do niej.
Niestety, ktoś nam
się wpierdolił w rozmowę, Lana Gold przeprosiła, odwróciła się i odeszła. Nawet
jeżeli tylko o pół metra, do gości głośno domagających się obsługi, chwila
minęła. Podniosłem szklankę i, delektując się drinkiem, przyglądałem się scenie
obok z obojętnością wymalowaną na twarzy. Taka, jak tysiące innych na
przestrzeni wieków. Pokaz siły. Postawienie na swoim, zaimponowanie przez zeszmacenie
drugiego człowieka. Tyle ludzi używało tej metody, była tak żałośnie prosta i
tak imponująco działała za każdym razem. Masz pieniądze, płacisz więc wymagasz.
Płacą ci, więc rób co należy.
Scena rozgrywająca
się w obok taka jakich tysiące, lecz tym razem było w tym wszystkim coś
szczególnie dla mnie interesującego. Czy już sądziłem, że ona do mnie należy?
Że tylko ja mogę jej grozić, tylko mi należą się ostre słowa w jej kierunku, a
ostatecznie, czy tylko mi należy się decydowanie o jej śmierci. Słowem, czy
poczuję żałosną, ludzką złość za takie zachowanie w stronę Lany albo, co
gorsza, zazdrość.
Choć patrzyłem
uważnie, kątem oka tak, aby ta dwójka nie mogła się zorientować że są
obserwowani, na szczęście wszystko co czułem to znużenie. I cholerne
pragnienie, żeby już się odczepili ale nie dlatego, że byli chamscy dla
barmanki. Raczej dlatego, że cały jej czas miał być dla mnie. Przyjechałem tu po to, żeby się bawić, żeby coś sprawdzić,
dowiedzieć się, poznać ją i zrozumieć, co się ze mną dzieje. Irytowało mnie, że
natrętni klienci wciąż wymagali uwagi Lany, podczas gdy to mnie należała się
ona należała – ledwie zaczęliśmy rozmawiać, a już ktoś nam przeszkadzał. To
wypływało z mojej demoniej natury. A ja nie zamierzałem się powstrzymywać.
Zanim jednak zdążyłem ich przekonać, że lepiej dla nich będzie jak odpierdolą
się od mojej barmanki i zabiorą swoją dziewczynę w jakieś bezpieczniejsze
miejsce, gdzie nic i nikt nie będzie jej groził, sytuacja się zmieniła.
Okazali się nie być
po prostu kolejnymi zbyt głośnymi synami bogatych ludzi, którzy kulą ogon pod
siebie po pierwszej głośnej i wyraźnej odmowie. Lana odeszła, ja też straciłem
zainteresowanie sprawą. Dopiłem drinka i korzystając z chwili samotności
potoczyłem spojrzeniem po barze. Półmrok nie ułatwiał rozpoznawania twarzy, a
Leraje umiał się dobrze skryć, jeśli tylko miał ochotę – zakładałem, że nie
będzie błyszczał w towarzystwie, skoro miał znajdować się w jednym
pomieszczeniu z potencjalnym anielim tropicielem. Dlatego nie znalazłem go aż
do chwili, kiedy przede mną znów pojawiła się Lana.
Wreszcie, chciałoby
się rzec.
— Jak diabli —
odpowiedziałem tylko, czując, że wraz z uśmiechem wraca mi dobry humor.
Zwłaszcza, że kobieta
najwyraźniej też się rozkręcała. Wydawało mi się, że wcześniej, mimo oczywistej
bezczelności, nie robiła tego jeszcze tak otwarcie. Czy to wpływ mojego
zachowania, innego miejsca spotkania a może jeszcze czegoś innego? Nie chciałem
zakładać, że czuje to samo, co ja na jej widok. Że pragnienie, którego nie da
się ugasić wodą ani alkoholem trawi ją od środka. Że zdaje się, że zapomniała o
czymś ważnym i choć ma przed sobą obcą osobę, chce powiedzieć jej o czymś...
Zupełnie nie mając pojęcia, o czym dokładnie.
— Niestety —
westchnąłem teatralnie, odstawiając pustą szklankę i przesuwając ją sugestywnie
w stronę kobiety — zawsze chciałem więcej, niż dawali. Uważaj, bo jestem gotów
wyszarpać ci wszystko i jeszcze ci się to spodoba — dodałem zupełnie
bezczelnie, choć tonem głosu sugerującym sarkazm i rozbawienie, niż powagę albo
złość. — Dla mnie drugi raz to samo... mała, chciałoby się rzec. Ale ja
zdecydowanie jestem starej daty.
Znów to robiła.
Skracała między nami dystans, nachylając się lekko nad blatem. Czy to moja
pycha kazała mi zauważyć, że do żadnego innego z gości nie zbliżała się w taki
sposób? Jestem pewien, że na nikogo innego tak nie patrzyła. A to było tak
cholernie przyjemne, że coraz łatwej przychodziło mi zapominanie – a raczej świadome
odkładanie na bok – nie tylko o racjonalnym myśleniu, ale też o uważności i
wiedzy, że ona wcale nie jest moją znajomą. Ani osobą, z którą bezpiecznie jest
tak bezczelnie flirtować.
— Wreszcie. Naprawdę
denerwuje mnie, że cały czas odwracasz się do mnie plecami żeby zadowolić
innych mężczyzn — powiedziałem, zadzierając lekko podbródek, a spojrzenie
wbijając w jej usta, wygięte w lekkim, zadziornym uśmieszku. W naszym wypadku
granica między flirtem a groźbami była wyjątkowo cienka, jak widać. — Dawałem
ci pięć dni — podjąłem, odpowiadając na jej pytanie zgodnie z prawdą. — Mam
nadzieję, że następnym razem nie każesz mi tyle czekać. Ale teraz ja też mam
twój numer. I też lubię zaskakiwać ofiary — dodałem z tajemniczym błyskiem w
oku.
Mówiliśmy cicho i
wydawało mi się, że nikogo nasza rozmowa nie interesuje. Skupiony na Lanie,
zignorowałem otoczenie, jak mi się wydawało pijanych młodych mężczyzn i
zgorzkniałych starców, głupiutkich kokietek i dojrzałych kobiet. Dlatego co prawda kątem oka zarejestrowałem,
że siedzący po mojej lewej stronie mężczyzna się podniósł i zostawił na
stole pieniądze ze sporym napiwkiem, ale nie pomyślałem, żeby zainteresować się nim bardziej; przyglądnąć się
jego twarzy. Zupełnie zwyczajnej, jak przeciętnego pracownika korporacji przychodzącego co noc w miejsce takie jak to, żeby odpocząć po pracy.
Nie wiedziałem, że
jeszcze kiedyś przyjdzie mi – a może nam – za to zapłacić. Nie interesowało mnie to. Teraz zajęty
byłem sobą i swoją fascynacją Laną Gold. Jak prawdziwy nowicjusz.
