sobota, 18 sierpnia 2018

XVII



       Kącik moich ust zadrżał, kiedy na dość zawadiackie pytanie, mój rozmówca zdecydował się odpowiedzieć. Podobało mi się to, że nie mieszał, był bezpośredni, a mimo wrodzonej bezczelności, jaką mogłam wyczuć już po tak krótkim okresie znajomości, nie zrażał mnie do siebie. Wręcz przeciwnie. Musiałam być zatem idiotką, bo co innego lgnąć do niebezpieczeństwa, nie będąc go świadomą, a co innego robić to, doskonale zdając sobie sprawę z konsekwencji, jakie takie działanie może przynieść. Prawda była taka, że w moim dotychczasowym istnieniu mało było miejsca na ryzyko. Ostatni raz podjęłam się go tak dawno, na samym początku, od tamtego czasu minęło prawie milenium, a wspomnienie tamtych chwil wciąż przynosiło żal, wściekłość, smutek, cierpienie, chęć walki o sprawiedliwość i okrutną myśl, że nie ma już o co walczyć. Bo to była daleka przeszłość, która już nigdy nie miała znaleźć swojego odbicia w teraźniejszości. Cokolwiek działo się teraz, nie powinnam patrzeć na to przez pryzmat dawnych lat. Przetrwałam ogrom czasu nie sięgając po nic, trwając w zawieszeniu, w jakim mnie trzymano. Nie marzyłam, nie śniłam, nie pragnęłam, jakby takie czynności przestały mnie dotyczyć. W końcu wyrwałam się z tego stanu, pozwalając sobie na samolubność i żyłam na Ziemi już miesiąc, niekiedy żałując, innym razem zarzekając się, że to najlepsza decyzja na jaką się zdobyłam. Mimo to z ryzykiem postępowałam ostrożnie, świadoma tego, że raz przejechałam się na nim dotkliwie. No, a teraz był on. Logan Specter. Mężczyzna, z którego wszystko wręcz wrzeszczało, aby trzymać się z daleka, a jednocześnie wszystko to zachęcało, bym podeszła bliżej. Pierwsze wrzaski musiały należeć do mojego rozsądku, drugie... nie zastanawiałam się nad tym, ale były na pewno głośniejsze. 
       Uniosłam delikatnie brew, spoglądając na szklankę, jaką opróżnił. Prawda była jednak taka, że to jego słowa głównie teraz mnie interesowały. Ponownie niebezpiecznie bezpośrednie, trafiające we mnie perfekcyjnie, wywołując te dziwne, elektryzujące dreszcze. Prychnęłam cicho, wyciągając dłoń tak, aby jedynie wskazującym palcem zahaczyć o wnętrze szklanki i powoli dosunąć ją jeszcze bliżej do siebie. 
       - Miło, że ostrzegasz - zauważyłam, chwilę jeszcze patrząc na szkło, a dopiero po jakimś czasie przeniosłam spojrzenie na jego twarz, ponownie pozwalając sobie na bezczelny uśmiech. - Ty również uważaj, nie chciałbyś wiedzieć, jak sobie radzę z groźnymi klientami - pociągnęłam w podobny sposób, jak on sam. Starając się imitować jego głos, w którym głównie dominowało rozbawienie, ale także coś jeszcze, co pozostawiało przyjemny posmak na koniuszku języka. - Mały. Ja aż tak starej daty nie jestem - znowu to zrobiłam. Puściłam mu oko, równocześnie zabierając szklankę. 
       Oczywiście złapałam nowe szkło i znów przygotowałam wszystko do jego drinka. Chciałam chociaż podczas jego przyrządzania zachować się profesjonalnie, bo przez obecność mężczyzny nieco w tym temacie podupadałam, ale nie dało się. Nie, kiedy mówił mi takie rzeczy. W barze dużo osób się do mnie przystawiało. Dylan się śmiał, że ze Sky mamy na to skrajnie różne sposoby. Ja ignorowałam wszystkich zalotników, ona dla wszystkich była wyjątkowo miła. Przyzwyczaiłam się do takiego stanu rzeczy, ale teraz było inaczej i miałam świadomość, że to widać, a już na pewno dwójka współpracowników to dostrzeże, co tylko skomplikuje w ich oczach moją relację ze Specterem. 
       - Zachłanny, a teraz jeszcze zaborczy - cmoknęłam cicho, smakując te usta na języku. O dziwo mój uśmiech tylko się poszerzył. - Zadowalanie mężczyzn, to moja praca. No i chyba przyznasz, że radzę w tym sobie całkiem nieźle - skwitowałam, a zaraz zajęłam się ostatecznym przyrządzaniem drinka. Kiedy ten był już gotowy, postawiłam przed nim szkoło, naprawdę zadowolona z tego, że po raz kolejny zamówił to samo. 
       - Pięć dni, mówisz? Chyba jednak brak mi anielskiej cierpliwości - możliwe, że tą wypowiedzią nieco naginałam fakty. W prawdzie jego pojawienie się tutaj nie wyszło ode mnie, ale z drugiej strony cały dzień chciałam napisać, więc czy aby na pewno było to kłamstwo? Nie zastanawiałam się nad tym, bo oto moja zmiana dobiegła końca. - Znikam na chwilę, ale spokojnie... nie każę ci długo czekać, więc liczę, że wytrzymasz - dodałam psotnie, po czym skierowałam się w stronę zaplecza. Wiedziałam doskonale, że dwie pijawy tylko na to czekają.
       - Wiedziałaś Sky, że nasze małe złotko potrafi tak flirtować? - Dylan niby nie mówił do mnie, ale jego głos rozniósł się echem po niewielkim pomieszczeniu. Przekręciłam zaraz oczami wyciągając z szafki swoją torebkę. Oczywiście czarną, odkąd trafiłam na Ziemię, nie sięgałam po inny kolor. 
       - Z nikim nie flirtuję - mruknęłam, sprawdzając czy mam telefon, czy może znów zostałam okradziona. Wszystko było. 
       - Yhhhhhhhmmmmmm - rozniósł się kobiecy głos, a chociaż jej nie widziałam, to w głowie doskonale miałam obraz wypchniętych w dzióbek powątpiewania ust. - To pewnie nie masz nic przeciwko, abym zapytała, czy nie chce wrócić ze mną do mieszkania? - odwróciłam się zaraz przez ramię i łypnęłam na nią groźnie, co tylko ich rozbawiło. 
       - To nie jest śmieszne - zauważyłam, nieco marudnym tonem głosu. 
       - Właśnie Sky. Zostaw ofiarę Lany w spokoju, skoro w końcu jakaś się trafiła - mruknął nasz szef odpalając papierosa, po czym potarmosił obszerną fryzurę kobiety. - Swoją drogą, zakładaliśmy, że będzie wyglądał inaczej... 
       - Jak inaczej? - skrzywiłam się gotowa do wyjścia. - Jest z nim coś nie tak? - dodałam zaraz, czując, że serce mimowolnie mi przyspiesza. Oni też to czuli? To dziwne przyciąganie? A może widzieli więcej, niż ja. 
       - No jest zajebistą dupą! - zaśmiała się Skylar, przygryzając dolną wargę ust. - Taką drapieżną! Dylan obstawiał, że to będzie typ ważniaka, a ja, że zadbanego pizdusia, a tutaj... nono, Złotko, nie docenialiśmy ciebie. Więc wiesz, jakby wam coś miało nie wyjść, daj mu mój numer - puściła mi oko, a ja jęknęłam pod nosem. 
       - Jesteś okropna, Sky. 
       - Po prostu nie lubię, jak dobry okaz stygnie, zabij mnie za to! - burknęła, a ja już dalej nie słuchałam, tylko oznajmiłam, że lepiej, aby ktoś wrócił do pracy, bo moja się już skończyła. 
       Wyszłam bokiem, między tłumem, czując na sobie spojrzenie wcześniej dostrzeżonej trójki kobiet. Zbyt przychylne ono nie było, a zatem miałam rację, z niezbyt wiadomego mi powodu kobiety potrafiły naprawdę szybko zapałać do kogoś zazdrością, czy też nawet nienawiścią. Doskonale wyczuwałam ich niechęć i nie wiem dlaczego, ale kręciło mnie to na tyle, aby posłać im pewne siebie spojrzenie, a potem wyminąć i odnaleźć bezbłędnie właściciela lodowych oczu, nawet jeśli ten siedział tyłem. 
       Wsunęłam się zgrabnie między niego, a jakiegoś kolesia siedzącego bokiem do baru i opowiadającego najpewniej swojemu kumplowi o meczu na którym był ostatnio. Pewności mieć nie mogłam, bo mało mnie oni obchodzili. Zamiast tego skupiłam się na swoim towarzyszu. On siedział nadal na stołku, ja już nie byłam na podwyższeniu, które znajdowało się dla wygody za barem, więc musiałam mocniej zadrzeć głowę, aby spojrzeć na jago twarz. 
       - Od teraz nie muszę już nikogo zadowalać - mruknęłam, odwołując się do końca mojej pracy, jak i jego wcześniejszych słów. To z kolei sprawiło, że uśmiechnęłam się łobuzersko i opierając skroń na dłoni dodałam jeszcze kilka słów: - Nawet ciebie, chyba, że miałabym w tym jakiś cel - nie odwracałam spojrzenia przez dłuższą chwilę, a dopiero potem zerknęłam na szklankę, którą sama podałam mu jakiś czas temu. Swoją drogą zastanawiało mnie, czy ma mocną głowę, a może raczej, jak rozmowny się staje po alkoholu. Bardzo też chciałam wmawiać sobie, że całe to nasze spotkanie z mojej strony było jedynie podstępem, chęcią wyciągnięcia informacji. Niestety jednak takie oszustwo nie było w stanie zamydlić mi oczu. Czułam to teraz, będąc w zasadzie tak blisko, po jednej stronie baru. Potrzebę zostania przy nim jeszcze jakiś czas, nasycenia się dziwnym, nieznanym uczuciem. Cokolwiek ze mną robił, obawiałam się, że niebawem przestanę mieć cokolwiek przeciwko i było to bardzo niebezpieczne. 
       - Będę miała przez ciebie problemy - wodziłam spokojnie wzrokiem, gdzieś w okolicach jego obojczyków, wystarczająco blisko twarzy, a jednak torturując samą siebie i nie pozwalając oczom odnaleźć teraz tych należących do niego. Pozwoliłam by cisza wgryzła się między nas, by nie zrozumiał tych słów od razu, może zaczął dopowiadać sobie teorie. By chciał odnaleźć w moim spojrzeniu jakieś podpowiedzi, ale czuł też, że nie ma na to szans, kiedy nadal przyglądam się jedynie tętnicy pulsującej spokojnie na jego szyi. Zwilżyłam w końcu wargi, a kolejny uśmieszek zamajaczył na nich, kiedy szykowałam się do wyjaśnień. - Klienci zobaczą, że traktuję kogoś w specjalny sposób i będą bardziej nieznośni. Pewnie nie weźmiesz za to odpowiedzialności, prawda? - zakończyłam, sama nie wiedząc do czego tak naprawdę prowadzą moje słowa. Czułam się jednak dobrze, a to pozwalało mi wierzyć, że takie zagrania są bezpieczne, bo kiedy poczuje zagrożenie, na pewno zdążę się wycofać. 
       Całkiem inna była zaś kwestia, że wolałabym, aby ów zagrożenie po prostu nie nadeszło. 
@GT - Tyler