poniedziałek, 12 listopada 2018

XXVII


Na ustach nadal czułam dotyk jego warg, wspomnienie tak wyraźne, że w obecnej chwili wydawało się niemożliwym, abym kiedyś miała je zapomnieć. Może nawet podobała mi się ta myśl, że to co się między nami wydarzyło, pozostanie ze mną. Chociaż Logan budził niepokój, a ja miałam świadomość, że nie mogę mu ufać, nie mogłam odmówić mu tej dziwnej aury, którą roztaczał i która tak mnie do niego przyciągała. To uczucie błagało moje zmysły, bym spijała z jego obecności tyle, ile tylko się da, póki jest blisko, póki mam ku temu okazję. Coś, jakiś głosik mówił, że on w końcu zniknie i to nie za sprawą mojej decyzji, że wymknie mi się spomiędzy palców, pozostawiając zawód i tęsknotę. Chyba ta myśl była w tym wszystkim najbardziej niezrozumiała, bo przecież to nasze drugie spotkanie, niezależnie od tego, co się ze mną przy nim dzieje nie mogłam tak szybko się przywiązać. To było nierealne, nawet dla nas, istot nieludzkich.
       Brew drgnęła mi delikatnie, kiedy Logan się odezwał. Wątpiłam, aby miał mi teraz podać swoje prawdziwe imię, ale też nie byłam tym rozczarowana. Prawda jest taka, że nie znałam zbyt wielu aniołów, czy też demonów. O jakiś słyszałam, przez wieki tylko opowieściami z ust moich opiekunów mogłam karmić własną ciekawość. Mimo to, gdyby się zdecydował, czułabym się przynajmniej pewniej z tego względu, że posiadałabym cenną wiedzę na jego temat. Teraz jednak coś innego zwróciło moją uwagę. Najpierw ta pewność siebie, a potem… sposób w jaki ją wytłumaczył.
       Nie zapanowałam nad prychnięciem, które samoistnie opuściło moje usta. Doprawdy, Logan był bezczelny i zastanawiałam się, czy w jego przypadku występuje jakiś temat tabu, którego nawet on nie lubi, czy może po prostu wstydzi się poruszać. Ja sama, wydawało mi się, że takie miałam, ale w obecności mężczyzny bardzo nie chciałam odstawać. Co by nie było,nie mogłam pokazywać, że z każdą chwilą zauważałam różnicę naszych poziomów. Zbyt mało wiedziałam o tym świecie, zbyt krótko tu byłam, a zatem, jeśli chciałam wyjść z naszej znajomości obronną ręką, on nie mógł poznać prawdy. Co by się nie stało, nie mógł wiedzieć, że jestem zbiegiem i to w dodatku bardzo niedoświadczonym.
       - To daleka nadinterpretacja! - żachnęłam się, ale czy aby na pewno miałam rację? W zasadzie niezależnie od tego, jak niepoprawnie brzmiały słowa mężczyzny, były opisem faktycznego stanu rzeczy. Cholera jasna. Potarłam delikatnie dłonią wargi, jakby w zamyśleniu. W dalszym ciągu nie byłam pewna jak do tego wszystkiego doszło. Nim jednak on sam wypomniał mi, że nie mam racji, postanowiłam się zreflektować. - A nawet jeśli rzeczywiście tak jest, nie grzałam ci ud bez powodu. Podszedłeś moją łatwowierną, pełną dobroci i czystości, anielską osobę - mówiąc to uniosłam delikatnie obie brwi w nieco pyskatym wyrazie. Jakbym chciała mu pokazać, że drugi raz już się nie dam, że wiem, w co on gra, chociaż w rzeczywistości nie wiedziałam nawet, w co ja sama próbuję grać.
       Mimo mojej postawy, jego słowa nadal odbijały się echem w mojej głowie. Co innego zrobić coś tak nieodpowiedniego, a co innego usłyszeć jeszcze w tak dosadny sposób o własnych czynach. Ja takich rzeczy nie robię, mimo, że będąc na Ziemi pozwalałam sobie na wiele, to w dalszym ciągu miałam wiele zasad, które przy Loganie zdawały się nie istnieć.
       Śledziałam ruch jego dłoni, gdy przywoływał kelnera. Doskonale, chciałam, żeby pił, by alkohol zamieszał mu w głowie, bo wówczas, och ta myśl wydawała się taka oklepana, mógłby być łatwiejszy. Nie w kwestii fizycznej, bo to z tym zwykle wiązało się podobne sformułowanie. Chodziło mi po prostu o rozmowę, chciałam, aby jadł mi z ręki i przestał prowadzić tak niezrozumiałą potyczkę.
       Znów skupiłam się na nim i przyznaję, zawieszenie spojrzenia na kelnerze sprawiło, że z początku nie wiedziałam o czym on mówi. Chyba sam miał tego świadomość, bo zaraz doprecyzował swoją wypowiedź. Skinęłam delikatnie głową, ale póki co nic nie mówiłam, ciekawa tego, jak on sam odniesie się do mojego tempa nauki. Jeśli jednak wierzyłam, że ten temat będzie dla mnie łaskawy, to nie miałam racji.
     Spięłam się natychmiast, jakby już po pierwszych słowach wyczuwając do czego on będzie zmierzał. Niestety nie pomyliłam się, a z każdą sylabą wypowiedzianą przez mojego towarzysza było jeszcze gorzej. O ile wcześniej mogłabym powiedzieć, że czułam się swobodnie, teraz nie byłam już tego taka pewna. Serce dosłownie w ułamku sekundy zaczęło mi bić, jak szalone. W gardle poczułam suchość, której nie pokonała porcja drinka, jakiej zaraz zaczerpnęłam. Nie mogłam jednak wyjść z roli, co by nie było, jeśli teraz sobie na to pozwolę, skreślę wszelkie szanse na zachowanie swojej wolności. Tak przynajmniej sądziłam. 
       Nie zdążyłam jeszcze nic powiedzieć. Cisza z mojej strony nie oznaczała, że Logan również ją zachowywał. Wręcz przeciwnie i przyznaję, byłam mu za to wdzięczna. Dzięki temu, że mówił, moje milczenie nie było aż tak zauważalne.
       Wszystko, co powiedział odbijało się echem w mojej głowie. Teraz wiedziałam już, że muszę się jakoś do tego odnieść, chociaż podobnie jak dnia wczorajszego, ucieczka kusiła. Tylko, czy teraz nie było już na nią za późno? Bałam się, ponownie to zrobił, z taką łatwością. Niezależnie na co sobie pozwolimy, muszę pamiętać, że on zawsze może zrobić coś, co przypomni mi o brakach i słabościach, jakie posiadam. Co więc zrobić, kiedy strach ciebie paraliżuje? Pewnie opcji jest wiele, ja zdecydowałam się na jedną.
       Perlisty śmiech opuścił moje gardło nagle, bez zapowiedzi. Roznosił się między nami i ginął gdzieś na sali, mieszając się z muzyką i odgłosami cudzych rozmów. Zasłoniłam dłonią usta, jeszcze chwilę pozwalając sobie na tą reakcję, a kiedy powoli mój chichot tracił na głosności, pokiwałam jeszcze głową na boki. Założyłam nogę na nogę, o kolano wsparłam łokieć i na dłoni umieściłam swój polik, czekając, aż połączy nas kontakt wzrokowy.
      - Czy ty proponujesz mi układ, Loganie Specter? - zapytałam w końcu, bardzo wyraźnie artykułując każdą sylabę. Nie dałam mu jednak czasu na wypowiedź. - Przyznaję, twoje zdolności analityczne niezwykle mi imponują. Być może były trafne. Być może - pozwoliłam sobie na przerwę, układając palec wskazujący tak, aby jego nieco dłuższy paznokieć drażnił delikatnie dolną wargę moich ust. Ten gest miał go rozpraszać, ale nie przypisywałam temu większej roli. Chciałam po prostu chociaż odrobinę zamieszać w jego pewności siebie.
       - Jeśli nie chcesz zdradzać swojego imienia, nie będę nalegać. To warunek, jaki wyszedł od ciebie, a zatem pozwolisz, że i ja postawię własny - mój ton głosu był miły, może nawet nieco przesłodzony, podobnie jak wyraz twarzy, jednak teraz miało się to zmienić diametralnie. Ściągnęłam brwi i wzmocniłam przynajmniej w swojej opinii moc mojego spojrzenia. - Zapomnij o mojej postawie z wczorajszego dnia. Miałam swoje powody, by się ciebie obawiać i nawet teraz je mam. Nie przypisuj temu dodatkowego znaczenia. Ważne, że teraz, jak sam wspomniałeś, jestem drapieżnikiem. Jeśli mamy się porozumieć, nie możesz patrzeć na mnie, jak na ofiarę. Nigdy więcej - powiedziałam z naciskiem, jeszcze chwilę pozwalając sobie na to surowe spojrzenie. Jedno uderzenie serca, drugie, a potem… rozpogodziłam się, zmarszczki zostały wygładzone. - Inaczej musiałabym dość dosadnie wyjaśnić, że się mylisz, a wówczas nasza współpraca mogłaby nie doczekać się pierwszej próby - zakończyłam. Swoją drogą byłam ciekawa, w czym ja mogłabym mu się przydać.
       Na razie nie było mowy o tym, bym powiedziała mu prawdę. Musiałam zatem wymyślić sobie inny problem, jaki mogłam posiadać. Ale na to póki co miałam jeszcze trochę czasu, przynajmniej do chwili, w której porzucimy niedopowiedzenia i przejdziemy do konkretów.
       Spojrzałam na niego wyczekująco.
     - W takim razie, Loganie… opowiedz mi o swoich problemach. Czuj się swobodnie, jestem barmanką, mężczyźni często mi się zwierzają - puściłam mu oczko. - Widzisz, Ojciec jest tak dobry, że czasem wypożycza swoją własność innym, a zatem korzystaj - dodałam jeszcze, a chociaż chciałam nad tym zapanować, to w słowach tych krył się jad, kiedy tak nawiązywałam do jego wypowiedzi. Do chwili, w której zarzucił mi kłamstwo.
       Tylko, że ja nie kłamałam. Już do nikogo nie należę.


sobota, 10 listopada 2018

XXVI



Wszystko, co wydarzyło się od momentu przekroczenia przeze mnie progu tego baru było groteskowe, przerysowane i zbyt mocne, za bardzo aromatyczne. A z każdą chwilą zdawało się takie tylko coraz bardziej.
W tych pocałunkach, w których byliśmy droczącymi się ze sobą, zauroczonymi głupcami nie zważającymi na nic i nikogo innego. W drobnych, uroczych pieszczotach przeznaczonych dla ludzi, a nie dla Aniołów. W słowach na pograniczu uwielbiania i groźby, splecione w jedną, egzotyczną formę przekazu. W bliskości i oddaleniu, we wręcz czułym objęciu zmieniającym się w godne pozazdroszczenia pożądliwe obłapianie. W oddechach muskających skórę. I kolejnych słowach przesuwających wszelkie granice rozsądku z minuty na minutę coraz dalej w ten sposób, że nagle wydało się, że wszystko jest możliwe: rzucenie się w wir pożądania, wynajęcie pokoju albo szybki numerek za barem tylko po to, żeby spełnić to palące pragnienie. Albo podanie jej swojego imienia. Prawdziwego imienia.
Przerażającym odkryciem okazała się ta jedna myśl, która padła trochę zbyt szybko w moim umyśle. Nie mógłbym być tak łatwowierny. Mógłbym?
Przymknąłem powieki i odchyliłem lekko głowę, moje włosy spłynęły do tyłu w chwili, w której po moim ciele przebiegł przyjemny dreszcz pożądania jako reakcja na jej kolejne zbliżenie i czuły gest w okolicach szyi. Po raz kolejny połączony z czymś, co dalekie było od wyznań kochanków. I może dlatego znów spowodował ten niebezpieczny, pełen zadowolenia uśmiech na mojej twarzy; ten, który od samego początku.
Czułem, że mimowolnie za mocno reaguję, wpadam w skrajne emocje – raz zimny jak lód po to, żeby po chwili być gorącym niczym piekielny ogień. Wiedziałem o tym, ale w tej chwili nic z tym nie zrobiłem. Były ważniejsze kwestie. Lana... To imię powodowało tylko nieprzyjemnie swędzącą myśl na tyle świadomości; myśl, której nie potrafiłem uchwycić, jakieś nieistniejące wspomnienie, drażniące uczucie déjà vu. Ale czy chodziło o jej fałszywe, ziemskie imię? Raczej nie. Spotkałem już tyle kobiet o tym imieniu, a żadna z nich nie była taka. Mimo usilnych wysiłków, w których Lana skutecznie mi przeszkadzała, nie mogłem dojść do żadnych wniosków w  tym temacie.
— To nie będzie konieczne. Myślę, że się zorientuje bez pozdrowienia imiennego — odpowiedziałem, lekko przy tym podnosząc górną wargę i marszcząc delikatnie nos. — Ile z nas jest na tyle bezczelnych, żeby pozdrawiać go z ziemi, przez jego sługę, którego wnętrza ud grzeją moje biodra? — dodałem w chwili, w której kobieta właśnie siadała na miejscu obok mnie, pozostawiając we wspomnianym miejscu tylko chłód i rozczarowanie.
Mimo to nie zrobiłem nic, żeby ją powstrzymać, a gra toczyła się dalej. Najwyraźniej Lana zaczynała dobrze się bawić, również ją prowadząc trochę bardziej po swojemu, powodując we mnie zaciekawienie. To, co czułem, nie było normalne. Nie było naturalne. Ani zdrowe. Nigdy nie powinno było się wydarzyć.
Niestety, głos rozsądku był teraz tylko piskliwym, żałosnym krzykiem z tyłu głowy, który był skutecznie zagłuszany przez wrzask dobrej zabawy, ekscytacji Anielicą i pożądania. Czyli wszystkiego, co tworzyło że ja byłem mną.
Uniosłem lekko brwi na dźwięk jej wyznania, ale zanim odpowiedziałem logicznymi argumentami na jej wyzywające stwierdzenie, lekceważąco machnąłem na kelnera i zamówiłem to samo, co wcześniej; w tej chwili nawet nie potrafiłem sobie dokładnie przypomnieć co piłem jeszcze kilkanaście minut temu.
— Widzę — odezwałem się wreszcie w chwili, w której kelner się oddalił z moim zamówieniem i znów zostaliśmy sami. — Że szybko się uczysz — dodałem w kwestii wyjaśnienia, zerkając na nią tylko kątem oka, podczas gdy spojrzeniem błądziłem bez celu po sali. — Wczoraj wydawałaś się tylko przestraszonym stworzeniem, uciekającym na dźwięk nawet najmniejszego zagrożenia... A dzisiaj jesteś drapieżnikiem i „nie byle jakim” aniołem. A mimo to wciąż wraca do mnie to jedno pytanie. Przed kim uciekasz, Lano? — zapytałem poważnie i skupiłem całe spojrzenie prosto w jej oczach. Wątpiłem, żeby to ją speszyło, ale próbować mogłem; ba, co więcej, zamierzałem. — Nie przede mną, to jasne i dlatego...
Przerwałem i odczekałem chwilę, aż kelner postawi drinka na stole. W ogóle na niego nie patrzyłem ani nie podziękowałem, że załatwił sprawę tak szybko.
— Pomińmy kwestie imienne, proszę — podjąłem po chwili. — Dobrze wiemy, że oboje nie zamierzamy zdradzić tak cennej informacji zupełnie obcej, przypadkowej — kłamstwo; oczywiste kłamstwo — osobie. Ale ty masz problem. Masz, prawda? Ja też mam, tak się nieszczęśliwie złożyło. Może uda nam się jakoś porozumieć? — zapytałem, jednocześnie unosząc kąciki ust, ale ten uśmiech nie dosięgnął tym razem oczu.
Wzruszyłem ramionami i sięgnąłem po drinka.
— I nie kłam tak więcej — zawiesiłem głos, lekko zmrużyłem oczy. — Bo wy, Anioły, nie żyjecie dla siebie. Nie mów, że nie jesteś niczyją własnością skoro ciałem i umysłem całkowicie należysz do Ojca. To brzmi okropnie heretycko i każe mi poddawać w wątpliwość twoją przydatność jako tropiciela.
Po tych słowach pociągnąłem długi łyk ze szklanki, który przyjemnie zapiekł mnie w przełyku i na dnie żołądka. Ten drink był wyraźnie mocniejszy.

@GT - Tyler