poniedziałek, 12 listopada 2018

XXVII


Na ustach nadal czułam dotyk jego warg, wspomnienie tak wyraźne, że w obecnej chwili wydawało się niemożliwym, abym kiedyś miała je zapomnieć. Może nawet podobała mi się ta myśl, że to co się między nami wydarzyło, pozostanie ze mną. Chociaż Logan budził niepokój, a ja miałam świadomość, że nie mogę mu ufać, nie mogłam odmówić mu tej dziwnej aury, którą roztaczał i która tak mnie do niego przyciągała. To uczucie błagało moje zmysły, bym spijała z jego obecności tyle, ile tylko się da, póki jest blisko, póki mam ku temu okazję. Coś, jakiś głosik mówił, że on w końcu zniknie i to nie za sprawą mojej decyzji, że wymknie mi się spomiędzy palców, pozostawiając zawód i tęsknotę. Chyba ta myśl była w tym wszystkim najbardziej niezrozumiała, bo przecież to nasze drugie spotkanie, niezależnie od tego, co się ze mną przy nim dzieje nie mogłam tak szybko się przywiązać. To było nierealne, nawet dla nas, istot nieludzkich.
       Brew drgnęła mi delikatnie, kiedy Logan się odezwał. Wątpiłam, aby miał mi teraz podać swoje prawdziwe imię, ale też nie byłam tym rozczarowana. Prawda jest taka, że nie znałam zbyt wielu aniołów, czy też demonów. O jakiś słyszałam, przez wieki tylko opowieściami z ust moich opiekunów mogłam karmić własną ciekawość. Mimo to, gdyby się zdecydował, czułabym się przynajmniej pewniej z tego względu, że posiadałabym cenną wiedzę na jego temat. Teraz jednak coś innego zwróciło moją uwagę. Najpierw ta pewność siebie, a potem… sposób w jaki ją wytłumaczył.
       Nie zapanowałam nad prychnięciem, które samoistnie opuściło moje usta. Doprawdy, Logan był bezczelny i zastanawiałam się, czy w jego przypadku występuje jakiś temat tabu, którego nawet on nie lubi, czy może po prostu wstydzi się poruszać. Ja sama, wydawało mi się, że takie miałam, ale w obecności mężczyzny bardzo nie chciałam odstawać. Co by nie było,nie mogłam pokazywać, że z każdą chwilą zauważałam różnicę naszych poziomów. Zbyt mało wiedziałam o tym świecie, zbyt krótko tu byłam, a zatem, jeśli chciałam wyjść z naszej znajomości obronną ręką, on nie mógł poznać prawdy. Co by się nie stało, nie mógł wiedzieć, że jestem zbiegiem i to w dodatku bardzo niedoświadczonym.
       - To daleka nadinterpretacja! - żachnęłam się, ale czy aby na pewno miałam rację? W zasadzie niezależnie od tego, jak niepoprawnie brzmiały słowa mężczyzny, były opisem faktycznego stanu rzeczy. Cholera jasna. Potarłam delikatnie dłonią wargi, jakby w zamyśleniu. W dalszym ciągu nie byłam pewna jak do tego wszystkiego doszło. Nim jednak on sam wypomniał mi, że nie mam racji, postanowiłam się zreflektować. - A nawet jeśli rzeczywiście tak jest, nie grzałam ci ud bez powodu. Podszedłeś moją łatwowierną, pełną dobroci i czystości, anielską osobę - mówiąc to uniosłam delikatnie obie brwi w nieco pyskatym wyrazie. Jakbym chciała mu pokazać, że drugi raz już się nie dam, że wiem, w co on gra, chociaż w rzeczywistości nie wiedziałam nawet, w co ja sama próbuję grać.
       Mimo mojej postawy, jego słowa nadal odbijały się echem w mojej głowie. Co innego zrobić coś tak nieodpowiedniego, a co innego usłyszeć jeszcze w tak dosadny sposób o własnych czynach. Ja takich rzeczy nie robię, mimo, że będąc na Ziemi pozwalałam sobie na wiele, to w dalszym ciągu miałam wiele zasad, które przy Loganie zdawały się nie istnieć.
       Śledziałam ruch jego dłoni, gdy przywoływał kelnera. Doskonale, chciałam, żeby pił, by alkohol zamieszał mu w głowie, bo wówczas, och ta myśl wydawała się taka oklepana, mógłby być łatwiejszy. Nie w kwestii fizycznej, bo to z tym zwykle wiązało się podobne sformułowanie. Chodziło mi po prostu o rozmowę, chciałam, aby jadł mi z ręki i przestał prowadzić tak niezrozumiałą potyczkę.
       Znów skupiłam się na nim i przyznaję, zawieszenie spojrzenia na kelnerze sprawiło, że z początku nie wiedziałam o czym on mówi. Chyba sam miał tego świadomość, bo zaraz doprecyzował swoją wypowiedź. Skinęłam delikatnie głową, ale póki co nic nie mówiłam, ciekawa tego, jak on sam odniesie się do mojego tempa nauki. Jeśli jednak wierzyłam, że ten temat będzie dla mnie łaskawy, to nie miałam racji.
     Spięłam się natychmiast, jakby już po pierwszych słowach wyczuwając do czego on będzie zmierzał. Niestety nie pomyliłam się, a z każdą sylabą wypowiedzianą przez mojego towarzysza było jeszcze gorzej. O ile wcześniej mogłabym powiedzieć, że czułam się swobodnie, teraz nie byłam już tego taka pewna. Serce dosłownie w ułamku sekundy zaczęło mi bić, jak szalone. W gardle poczułam suchość, której nie pokonała porcja drinka, jakiej zaraz zaczerpnęłam. Nie mogłam jednak wyjść z roli, co by nie było, jeśli teraz sobie na to pozwolę, skreślę wszelkie szanse na zachowanie swojej wolności. Tak przynajmniej sądziłam. 
       Nie zdążyłam jeszcze nic powiedzieć. Cisza z mojej strony nie oznaczała, że Logan również ją zachowywał. Wręcz przeciwnie i przyznaję, byłam mu za to wdzięczna. Dzięki temu, że mówił, moje milczenie nie było aż tak zauważalne.
       Wszystko, co powiedział odbijało się echem w mojej głowie. Teraz wiedziałam już, że muszę się jakoś do tego odnieść, chociaż podobnie jak dnia wczorajszego, ucieczka kusiła. Tylko, czy teraz nie było już na nią za późno? Bałam się, ponownie to zrobił, z taką łatwością. Niezależnie na co sobie pozwolimy, muszę pamiętać, że on zawsze może zrobić coś, co przypomni mi o brakach i słabościach, jakie posiadam. Co więc zrobić, kiedy strach ciebie paraliżuje? Pewnie opcji jest wiele, ja zdecydowałam się na jedną.
       Perlisty śmiech opuścił moje gardło nagle, bez zapowiedzi. Roznosił się między nami i ginął gdzieś na sali, mieszając się z muzyką i odgłosami cudzych rozmów. Zasłoniłam dłonią usta, jeszcze chwilę pozwalając sobie na tą reakcję, a kiedy powoli mój chichot tracił na głosności, pokiwałam jeszcze głową na boki. Założyłam nogę na nogę, o kolano wsparłam łokieć i na dłoni umieściłam swój polik, czekając, aż połączy nas kontakt wzrokowy.
      - Czy ty proponujesz mi układ, Loganie Specter? - zapytałam w końcu, bardzo wyraźnie artykułując każdą sylabę. Nie dałam mu jednak czasu na wypowiedź. - Przyznaję, twoje zdolności analityczne niezwykle mi imponują. Być może były trafne. Być może - pozwoliłam sobie na przerwę, układając palec wskazujący tak, aby jego nieco dłuższy paznokieć drażnił delikatnie dolną wargę moich ust. Ten gest miał go rozpraszać, ale nie przypisywałam temu większej roli. Chciałam po prostu chociaż odrobinę zamieszać w jego pewności siebie.
       - Jeśli nie chcesz zdradzać swojego imienia, nie będę nalegać. To warunek, jaki wyszedł od ciebie, a zatem pozwolisz, że i ja postawię własny - mój ton głosu był miły, może nawet nieco przesłodzony, podobnie jak wyraz twarzy, jednak teraz miało się to zmienić diametralnie. Ściągnęłam brwi i wzmocniłam przynajmniej w swojej opinii moc mojego spojrzenia. - Zapomnij o mojej postawie z wczorajszego dnia. Miałam swoje powody, by się ciebie obawiać i nawet teraz je mam. Nie przypisuj temu dodatkowego znaczenia. Ważne, że teraz, jak sam wspomniałeś, jestem drapieżnikiem. Jeśli mamy się porozumieć, nie możesz patrzeć na mnie, jak na ofiarę. Nigdy więcej - powiedziałam z naciskiem, jeszcze chwilę pozwalając sobie na to surowe spojrzenie. Jedno uderzenie serca, drugie, a potem… rozpogodziłam się, zmarszczki zostały wygładzone. - Inaczej musiałabym dość dosadnie wyjaśnić, że się mylisz, a wówczas nasza współpraca mogłaby nie doczekać się pierwszej próby - zakończyłam. Swoją drogą byłam ciekawa, w czym ja mogłabym mu się przydać.
       Na razie nie było mowy o tym, bym powiedziała mu prawdę. Musiałam zatem wymyślić sobie inny problem, jaki mogłam posiadać. Ale na to póki co miałam jeszcze trochę czasu, przynajmniej do chwili, w której porzucimy niedopowiedzenia i przejdziemy do konkretów.
       Spojrzałam na niego wyczekująco.
     - W takim razie, Loganie… opowiedz mi o swoich problemach. Czuj się swobodnie, jestem barmanką, mężczyźni często mi się zwierzają - puściłam mu oczko. - Widzisz, Ojciec jest tak dobry, że czasem wypożycza swoją własność innym, a zatem korzystaj - dodałam jeszcze, a chociaż chciałam nad tym zapanować, to w słowach tych krył się jad, kiedy tak nawiązywałam do jego wypowiedzi. Do chwili, w której zarzucił mi kłamstwo.
       Tylko, że ja nie kłamałam. Już do nikogo nie należę.


sobota, 10 listopada 2018

XXVI



Wszystko, co wydarzyło się od momentu przekroczenia przeze mnie progu tego baru było groteskowe, przerysowane i zbyt mocne, za bardzo aromatyczne. A z każdą chwilą zdawało się takie tylko coraz bardziej.
W tych pocałunkach, w których byliśmy droczącymi się ze sobą, zauroczonymi głupcami nie zważającymi na nic i nikogo innego. W drobnych, uroczych pieszczotach przeznaczonych dla ludzi, a nie dla Aniołów. W słowach na pograniczu uwielbiania i groźby, splecione w jedną, egzotyczną formę przekazu. W bliskości i oddaleniu, we wręcz czułym objęciu zmieniającym się w godne pozazdroszczenia pożądliwe obłapianie. W oddechach muskających skórę. I kolejnych słowach przesuwających wszelkie granice rozsądku z minuty na minutę coraz dalej w ten sposób, że nagle wydało się, że wszystko jest możliwe: rzucenie się w wir pożądania, wynajęcie pokoju albo szybki numerek za barem tylko po to, żeby spełnić to palące pragnienie. Albo podanie jej swojego imienia. Prawdziwego imienia.
Przerażającym odkryciem okazała się ta jedna myśl, która padła trochę zbyt szybko w moim umyśle. Nie mógłbym być tak łatwowierny. Mógłbym?
Przymknąłem powieki i odchyliłem lekko głowę, moje włosy spłynęły do tyłu w chwili, w której po moim ciele przebiegł przyjemny dreszcz pożądania jako reakcja na jej kolejne zbliżenie i czuły gest w okolicach szyi. Po raz kolejny połączony z czymś, co dalekie było od wyznań kochanków. I może dlatego znów spowodował ten niebezpieczny, pełen zadowolenia uśmiech na mojej twarzy; ten, który od samego początku.
Czułem, że mimowolnie za mocno reaguję, wpadam w skrajne emocje – raz zimny jak lód po to, żeby po chwili być gorącym niczym piekielny ogień. Wiedziałem o tym, ale w tej chwili nic z tym nie zrobiłem. Były ważniejsze kwestie. Lana... To imię powodowało tylko nieprzyjemnie swędzącą myśl na tyle świadomości; myśl, której nie potrafiłem uchwycić, jakieś nieistniejące wspomnienie, drażniące uczucie déjà vu. Ale czy chodziło o jej fałszywe, ziemskie imię? Raczej nie. Spotkałem już tyle kobiet o tym imieniu, a żadna z nich nie była taka. Mimo usilnych wysiłków, w których Lana skutecznie mi przeszkadzała, nie mogłem dojść do żadnych wniosków w  tym temacie.
— To nie będzie konieczne. Myślę, że się zorientuje bez pozdrowienia imiennego — odpowiedziałem, lekko przy tym podnosząc górną wargę i marszcząc delikatnie nos. — Ile z nas jest na tyle bezczelnych, żeby pozdrawiać go z ziemi, przez jego sługę, którego wnętrza ud grzeją moje biodra? — dodałem w chwili, w której kobieta właśnie siadała na miejscu obok mnie, pozostawiając we wspomnianym miejscu tylko chłód i rozczarowanie.
Mimo to nie zrobiłem nic, żeby ją powstrzymać, a gra toczyła się dalej. Najwyraźniej Lana zaczynała dobrze się bawić, również ją prowadząc trochę bardziej po swojemu, powodując we mnie zaciekawienie. To, co czułem, nie było normalne. Nie było naturalne. Ani zdrowe. Nigdy nie powinno było się wydarzyć.
Niestety, głos rozsądku był teraz tylko piskliwym, żałosnym krzykiem z tyłu głowy, który był skutecznie zagłuszany przez wrzask dobrej zabawy, ekscytacji Anielicą i pożądania. Czyli wszystkiego, co tworzyło że ja byłem mną.
Uniosłem lekko brwi na dźwięk jej wyznania, ale zanim odpowiedziałem logicznymi argumentami na jej wyzywające stwierdzenie, lekceważąco machnąłem na kelnera i zamówiłem to samo, co wcześniej; w tej chwili nawet nie potrafiłem sobie dokładnie przypomnieć co piłem jeszcze kilkanaście minut temu.
— Widzę — odezwałem się wreszcie w chwili, w której kelner się oddalił z moim zamówieniem i znów zostaliśmy sami. — Że szybko się uczysz — dodałem w kwestii wyjaśnienia, zerkając na nią tylko kątem oka, podczas gdy spojrzeniem błądziłem bez celu po sali. — Wczoraj wydawałaś się tylko przestraszonym stworzeniem, uciekającym na dźwięk nawet najmniejszego zagrożenia... A dzisiaj jesteś drapieżnikiem i „nie byle jakim” aniołem. A mimo to wciąż wraca do mnie to jedno pytanie. Przed kim uciekasz, Lano? — zapytałem poważnie i skupiłem całe spojrzenie prosto w jej oczach. Wątpiłem, żeby to ją speszyło, ale próbować mogłem; ba, co więcej, zamierzałem. — Nie przede mną, to jasne i dlatego...
Przerwałem i odczekałem chwilę, aż kelner postawi drinka na stole. W ogóle na niego nie patrzyłem ani nie podziękowałem, że załatwił sprawę tak szybko.
— Pomińmy kwestie imienne, proszę — podjąłem po chwili. — Dobrze wiemy, że oboje nie zamierzamy zdradzić tak cennej informacji zupełnie obcej, przypadkowej — kłamstwo; oczywiste kłamstwo — osobie. Ale ty masz problem. Masz, prawda? Ja też mam, tak się nieszczęśliwie złożyło. Może uda nam się jakoś porozumieć? — zapytałem, jednocześnie unosząc kąciki ust, ale ten uśmiech nie dosięgnął tym razem oczu.
Wzruszyłem ramionami i sięgnąłem po drinka.
— I nie kłam tak więcej — zawiesiłem głos, lekko zmrużyłem oczy. — Bo wy, Anioły, nie żyjecie dla siebie. Nie mów, że nie jesteś niczyją własnością skoro ciałem i umysłem całkowicie należysz do Ojca. To brzmi okropnie heretycko i każe mi poddawać w wątpliwość twoją przydatność jako tropiciela.
Po tych słowach pociągnąłem długi łyk ze szklanki, który przyjemnie zapiekł mnie w przełyku i na dnie żołądka. Ten drink był wyraźnie mocniejszy.

niedziela, 30 września 2018

XXV




         Brew mi drgnęła, kiedy bez cienia żenady przyjął moje słowa, a nawet odpowiedział na nie pytaniem. Z łatwością przyszło mu pogodzić się z tym, co miało między nami miejsce. Nie czuł się niezręcznie, a już na pewno nie było w nim poczucia winy. Może to tylko ja chciałam z pierwszego pocałunku uczynić coś niezwykle podniosłego, co należy gloryfikować, podczas gdy dla Logana było to jedynie kolejnym z wielu zdarzeń, jakie składają się na jego dzień powszedni. Wiedzieć tego nie mogłam, ale domniemywać już owszem. Ta jego obojętność pchała mnie do podobnych wniosków, a za nią szło coś mojego. Głosik, który mówił, że przecież nie mogłam być tutaj jedyną stroną, która czuła to wszystko, nie byłam nią na pewno. Mógł więc podobnych pocałunków na swym koncie mieć miliony, ale żaden z nich nie był ze mną, więc na litość boską, nie udawaj, że nie zrobiło to na tobie wrażenia, że nie odcisnęło się piętnem. Moje serce szalało w piersi, biło w żebra żądając oswobodzenia, a twoje? Palce poruszyły się w odruchowym drgnięciu, jakby były gotowe sprawdzić, dosięgnąć jego klatki piersiowej, wystarczyła odrobina woli, spięcie odpowiednich mięśni, ale co by się stało, gdybym nie poczuła nic? Szczególnie teraz, gdy poczuć chciałam tak wiele? 
        Nie znam go - musiałam to stale powtarzać samej sobie. To było nasze drugie prawdziwe spotkanie, a ja znajdowałam się tak blisko i chciałam być jeszcze bliżej. Zapominałam, że jest mi obcy, bo chociaż najpewniej oboje nie pochodziliśmy z tego świata, to nie czyniło nas bliskimi sobie istotami. Dlaczego więc z każdym jego słowem to dość logiczne spostrzeżenie traciło na znaczeniu? 
        W końcu odpowiedział na moje słowa, a chociaż je potwierdził po mojej twarzy przemknęło zdziwienie. Przełknęłam ślinę, czekając na kontynuację, spijając każdą sylabę z jego ust. Teraz też, gdy on o tym wspomniał, zdałam sobie sprawę z tego, jak ogólnie, nie tylko dla nas, ale przede wszystkim dla otoczenia musi wyglądać pozycja, w której się znajdujemy. Być może speszyłabym się, ale zbyt zajęta byłam tym, co czarnowłosy zamierza mi powiedzieć, jakby od tego co najmniej miało zależeć moje istnienie. Przybliżył się, a ja nie mogłam nic na to poradzić, chociaż nie wiem, czy próbowałabym, gdyby istniała możliwość. Odruchowo przymknęłam oczy, czując lepiej ciepło jego ciała, oddech na moim uchu, który wywoływał dziwne, bardzo przyjemne dreszcze. Coś prosiło we mnie, aby szeptał dalej, skrócił jeszcze bardziej dystans. Coś krzyczało z oddali, abym tym razem się nie wstrzymywała. Tym razem. Sama już siebie nie rozumiałam, na moje szczęście Logan był zbyt zajmujący, abym mogła bujać w obłokach zbyt długo. 
         Moja. 
        Jeśli wcześniej sądziłam, że serce bije mi szybko, to dopiero teraz miałam poznać znaczenie tych słów. Ono wręcz huczało w uszach, oddzielając mnie skutecznie od odgłosów roznoszących się po barze. 
       Nie miał prawa tak mnie nazywać. Kim on był i skąd w nim taki tupet? Uciekłam z nieba właśnie po to, by być swoją własną panią, nikomu nie podlegać, czuć wolność, niezależność. Nie należę do nikogo, już nie. Na pewno nie należę do niego, bezczelnego mężczyzny, który zjawił się znikąd i mieszał mi w głowie od pierwszej sekundy, którą przyszło nam razem dzielić. Nie byłam jego własnością i powinnam mu o tym powiedzieć z miejsca, ale... nie odezwałam się. Siedziałam w ciszy, a mimo całego buntu, jaki się we mnie pojawił, w chwili w której delikatnie rozwarłam wargi, zrozumiałam, że jeśli powiem na głos cokolwiek z tego, co wypełniało moje myśli, to skłamię. Nie rozumiałam tego. Logan Specter nie był w żaden sposób podobny do osób, które już poznałam. Zagarnął mnie sobie, nie pytając o zdanie i wszystko wskazywało na to, że mu na to pozwolę. Chcę być przez niego zniewolona. 
       On mówił dalej, a ja byłam jak w transie. Jedynymi bodźcami, jakie odbierałam, były te związane z nim. Wiedział wiele, za wiele, podczas gdy ja miałam takie szczątkowe informacje. Irytowała mnie ta przewaga, to, że zostałam z tyłu, a on nawet nie krył tego, a jeszcze jawnie pokazywał, kto w tym układzie jest na lepszej pozycji. Żartował sobie ze mnie, podczas gdy w mojej głowie siał spustoszenie każdym słowem, jakby tego było mało, kiedy mnie ugryzł, niczym nowicjusz, którym z resztą byłam nie powstrzymałam cichutkiego jęknięcia. Wytrąciło mnie to z rytmu, a w tej rozmowie nie mogłam sobie na to pozwolić. 
       Tak też kilka faktów zgrało się w czasie. Mój rumieniec, silny, gdy ciało zadrżało w jego ramionach, a także wyraźnie wyrysowane zdziwienie, może nawet strach, kiedy w końcu tak bezpośrednio dał mi do zrozumienia kim jest. Odchyliłam się w tył, na tyle, na ile mi pozwolił. Musiałam spojrzeć mu w oczy, a przy tym przestać myśleć o jego oddechu na mojej skórze, o tym, że chciałabym, aby omiótł nim całe moje ciało. 
          Był demonem. To nie były domysły. Skoro mi o tym mówi, to nie był uciekinierem, ale to już nie są pewne fakty. Tak jak wczoraj, tak też teraz miałam ochotę uciec. Zerwać się natychmiast, dopaść drzwi, wyciągnąć kluczyki, wsiąść na motor i zniknąć, ale nie mogłam, chociaż w przeciągu ułamka sekundy miliony razy odtworzyłam całą drogę w myślach. Trzymał mnie. Nie chodziło o ręce. Coś w nim o wiele silniejszego, niż ludzkie mięśnie otoczyło mnie już całą. Czy naprawdę miał rację? Byłam jego. 
         - Mówisz, że jestem za łatwa? - uspokoiłam się na tyle, by mój głos zabrzmiał odpowiednio pewnie. Poza tym specjalnie przekształciłam jego słowa na potrzeby tego pytania, nawet jeśli było to dalekie naciągnięcie. Uśmiechnęłam się jadowicie. Jeśli to gra, nie mogę tak szybko przegrać. Poza tym jeśli on był tropicielem, najbezpieczniej było udawać, że i ja nim jestem. - Nawet jeśli, najwyraźniej nie przeszkadza ci to na tyle, aby trzymać mnie w ramionach i łaknąć mojej bliskości - dodałam po chwili, nieco lepiej odnajdując się w tym tonie wypowiedzi. Nawet jeśli wcześniej pokazałam wiele emocji, musiałam przynajmniej spróbować zabić w nim to wspomnienie. 
         - Masz rację, jestem aniołem. Nie byle jakim, ale tego wiedzieć nie możesz - ostatnie zdanie wypowiedziałam ciszej, wolniej. Kierowana jakąś dziwną potrzebą uniosłam dłoń, położyłam ją na jego twarzy, kciukiem wodząc blisko lewego kącika ust. Chciałam mu pokazać, że mimo imponującej wiedzy, ta wciąż nie jest całkowita, a może chciałam też zagrać mu na nosie? Sama ta myśl, tak brutalnie niebezpieczna znów wywołała dreszcze. Podobały mi się one. On mi się podobał. 
          Przybliżyłam się, tym razem sama pokonując dystans. Odnalazłam jego szyję, przejeżdżając po niej czubkiem nosa, aż do ucha, przy którym się zatrzymałam. 
           - Nie patrz na mnie z góry. Może i masz rację, Logan, ale zapewniam cię, szybko się uczę - wyszeptałam i tym razem ja sama nadgryzłam delikatnie płatek jego ucha. Podobało mi się to, ale nie sądziłam, że nawet w sytuacji, w której ja sama będę prowodyrem tego gestu, zasieje to w mojej głowie takie spustoszenie. Mimo więc, że miałam być panią sytuacji, drgnęła ponownie, dałam sobie chwilę by przełknąć ślinę, skupić się na tym, co już tańczyło na czubku języka. - Jeśli z kolei mam przekazać pozdrowienia, zdradź mi swoje prawdziwe imię. Demony też je mają, prawda? - krew krążyła znacznie szybciej. Było mi duszno, jakbym miała upaść. 
            Odsunęłam się. Zeszłam mu z kolan w jednej chwili, wracając na swoje miejsce. Zrobiłam to dlatego, że pragnęłam z całego serca, aby złapał mnie mocniej, przycisnął jeszcze bardziej, aby nic nas nie dzieliło, a on nigdy mnie nie puścił. To pragnienie było tak potężne i tak niepoprawne, że z trudem się mu oparłam i miałam świadomość, że następnym razem zwyczajnie mi się to nie uda. Byłam skołowana, ale nie mogłam tego dać po sobie poznać. Sięgnęłam po drinka, umieszczając słomkę w ustach, ale nim pociągnęłam porcję napoju, wypuściłam ją z pomiędzy warg. 
          - Och, no i jeszcze jedno sprostowanie - uniosłam spojrzenie na te jasne oczy, a pożądanie znów mną szarpnęło, błagając bym się poddała, bym wróciła do jego ciała, chociaż na minutę dłużej. - Nie jestem niczyją własnością - zakończyłam, wracając do przerwanej wcześniej czynności, jaką było picie. 
     Udowodniłam też sobie coś przy okazji. Wcześniej miałam rację. Te słowa, chociaż wypowiedziane tak bezpośrednio, bez wątpienia w mojej głowie nie były niczym więcej, jak zwykłym kłamstwem. 

XXIV



Kim jestem? Kłopot polegał na tym, że w tamtej chwili sam już nie znałem odpowiedzi, nie wiedziałem gdzie się znajduję i dlaczego czuję tak wiele sprzeczności. Jakbym stał w rozkroku pomiędzy dwoma światami, na granicy świadomości czegoś, o czym powinienem wiedzieć albo pamiętać. Nad dawno utraconym wspomnieniem, którego istnienia nie potrafiłem przywołać do życia, a to uczucie z każdą chwilą robiło się coraz bardziej drażniące i męczące.
Byłem  Azraelem, Aniołem Śmierci. Ale kim jestem teraz? Silne wrażenie, że przy niej odzywa się uśpiona przez stulecia część mnie nie pozwalało na odnalezienie jakiejkolwiek sensownej odpowiedzi na to pytanie. Z resztą, ona wcale na nią nie czekała. To było pytanie retoryczne – tak samo oczywiste, jak palące pożądanie w jej spojrzeniu, jak bliskość i ciepło jej ciała, jak pocałunek sprzed kilku chwil, który przeniósł mnie na moment do innego wymiaru.
— A może po prostu poświęciłaś go dla mnie?
Pomimo ewidentnej zaczepki, po raz kolejny jak już kilka razy wcześniej, przy barze, tym razem w moim głosie nie brzmiało rozbawienie ani nie brzęczała niebezpieczna nuta. Powiedziałem to z tą samą obojętnością. Coś w tym było; im więcej czułem, tym bardziej obojętny i chłodny stawałem się na zewnątrz. Oczywiście była to wiedza, którą o sobie posiadałem od setek lat, a której z pewnością nie miała Lana. Teraz jednak nie miałem ochoty się tym przejmować. Coraz więcej egoistycznych myśli przechodziło mi przez głowę na jej widok, coraz więcej pożądania i pragnienia własnego spełnienia przynosiła jej bliskość. Z każdym dotykiem i słowem byłem bardziej egocentrykiem.
Też powinienem się odsunąć. Powinienem był to przerwać. Wiedziałem o tym, ale wciąż nie drgnąłem, nie poluzowałem ani nie wzmocniłem uścisku. Pod palcami czułem wyraźną fakturę materiału spodni i ciepło jej ciała.
Krótko skinąłem głową w odpowiedzi na jej słowa.
— Prawda. Nie puszczę cię — zacząłem, nieznacznie przeciągając dwa ostatnie słowa i na moment zawieszając głos. Nie przerwałem kontaktu wzrokowego, po prostu nie mogłem tego zrobić – coś elektryzowało i  przyciągało, nie pozwalało odwrócić spojrzenia od jej oczu. — To brzmi dziwnie, kiedy siedzisz okrakiem na moich kolanach i trzymam cię fizycznie — dodałem, poruszając się nagle po raz pierwszy od przerwania pocałunku. Przechyliłem się do przodu, już nie opierałem się łopatkami o miękkie obicie fotela w loży. Choć wciąż to ona była wyżej i była nade mną nachylona, to ja skróciłem teraz dystans. Po to, żeby szeptać jej teraz prosto do ucha, żeby czuć w nozdrzach tylko zapach jej skóry i włosów łaskoczących twarz. — Ale przecież oboje wiemy, że nie chodzi o to. Jesteś moja.
Odważne słowa. Może trochę na wyrost, ale gówno mnie to obchodziło. Nienawidziłem półśrodków. Spowodowały dreszcz przyjemności spływający wzdłuż kręgosłupa i drapieżny uśmiech rozciągający wargi. Przymknąłem powieki na ułamek sekundy, wciągnąłem nosem powietrze tylko po to, żeby wyraźniej poczuć jej zapach, wypełnić nim płuca, zatrzymać w pamięci. Zapach daleko bardziej osobisty niż ludzkie perfumy czy żel pod prysznic – zapach aury, najważniejszej części jej istoty.
Kurewsko lubiłem mieć rzeczy na własność. Nie byle jakie. Tylko te, które mnie interesowały.
— Chcesz wiedzieć coś jeszcze? — podjąłem, wciąż prosto do jej ucha, tyle że tym razem dłonie płasko przylegające do jej bioder przesunąłem wolno wyżej, na plecy i zatrzymałem na wysokości talii. — Zdołałem ustalić, że jesteś na Ziemi  wystarczająco krótko, żeby jeszcze musieć się uczyć. Ciekawe, ile masz lat, ale o to nie wypada pytać kobiety; z resztą, powiedzmy, że teraz to nie ma znaczenia. Jesteś Aniołem. To takie oczywiste. Może aż za łatwe? — Wzruszyłem ramionami. — To boskie ciało musiało być specjalnym darem od Ojca — zażartowałem, głos mi zadrżał, ale powstrzymałem śmiech.
Stłumiłem go delikatnym ugryzieniem płatka jej ucha.
— Dawno się z nim nie widziałem. Pozdrowisz go one mnie? — dodałem bezczelnie.
Zbyt oczywiste. Powiedziałem to wprost, zwyczajnie się do tego przyznałem. Jestem Upadłym Aniołem, Lano. Co z tym zrobisz?

poniedziałek, 17 września 2018

XXIII



       Miałam przyspieszony oddech. Zdawało mi się, że dookoła nas ktoś rozciągnął kotarę z ciężkiego materiału, która tłumiła odgłosy, jakich w barze było naprawdę wiele. Pewnie dlatego tak dokładnie słyszałam każdą ze swoich prób zaczerpnięcia powietrza. Prób, ponieważ wydawało mi się, że nie jestem w stanie nabrać tyle tlenu, ile w tej chwili potrzebowałam. Dotknęło mnie to dość głęboko, sposób, w jaki przez niego oddycham. To był tylko pocałunek, a jednak nie mogłam się uspokoić, jak po wysiłku fizycznym. Nie, to był pocałunek. Mój pierwszy prawdziwy, pierwszy, który odebrał mi oddech. Czyli naprawdę jest to możliwe. Pozostałe dwa, które jeszcze chwilę temu rozpamiętywałam nagle boleśnie wręcz straciły na swoim znaczeniu, jakby w moim mniemaniu przestały w ogóle być dowodem na jakieś moje ludzkie doświadczenie. Pomyśleć, że wcześniej byłam z nich dumna, z uśmiechem myślałam o nich, jak o swoich osiągnięciach, chociaż same w sobie udane nie były. Teraz jednak przed oczami miałam mężczyznę, który mocno namieszał w hierarchii moich dotychczasowych przeżyć, jakich dane mi było doświadczyć na Ziemi. 
       Zaskoczyło mnie to, jak na mnie patrzył, już bez tej bezczelnej pewności siebie, która mogłaby zawstydzić chyba każdego. W jakiś sposób jego twarz skupiała teraz całą moją uwagę, jakbym nie miała prawa oderwać od niej spojrzenia. Niepoprawność tej sytuacji nadal do mnie nie docierała, ciało drżało w jego ramionach, a oczekiwanie wwiercało się we mnie z każdą mijającą sekundą. Musiałam wiedzieć, co za tym wszystkim stało, po prostu musiałam. Byłam niemalże pewna, że coś wielkiego było na rzeczy, pewnie dlatego, kiedy już się odezwał, z początku to do mnie nie dotarło. 
       Słowa mężczyzny krążyły po mojej głowie, a ja nie próbowałam przypisać im znaczenia. To na pewno nieprawda. Przecież, gdyby to rzeczywiście był idiotyczny żart, to oznaczałoby... kurwa, dałam mu się, jak dzieciak. Ależ mnie to w tej chwili poirytowało! Poczułam, jak żar wściekłości we mnie rośnie, jak chcę mu wygarnąć, wrzasnąć w twarz, że nie ma prawa tak ze mną pogrywać. Dlaczego? Odpowiedź była prosta, doskonale wiedziałam, że jestem naiwna. Miałam tego świadomość, uciekając z Nieba, w końcu całe moje istnienie ograniczało się do pobytu w zamknięciu. Dlatego też, już pierwszego dnia postanowiłam, że będę ostrożna, nie ograniczając sobie przyjemności, ale jednak cały czas mając oczy dookoła głowy, nie ufając innym zbyt szybko. No i co? Nikomu nie pozwoliłam wejść sobie na głowę, byłam asertywna i roztropna, a tu nagle zjawił się on! Od pierwszej chwili namieszał w moim zdawałoby się całkiem spokojnym życiu uciekiniera, wprowadził do niego ogrom zamieszania w zaledwie jeden dzień, zmącił mój spokój, a nade wszystko ja sama dawałam mu się urabiać jak glina. 
       Jego żart, jeśli mogłam go tak nazwać, chyba nie rozbawił żadnego z nas. Było w nim jednak coś innego. Coś, co pozwoliło mi w końcu przypomnieć sobie o tym, gdzie jesteśmy. Poza widokiem jego twarzy zaczęły docierać do mnie inne bodźce. Irytacja, chociaż uzasadniona, powoli się wypłukiwała. Chęć odepchnięcia go, nawrzeszczenia, przypomnienia  sobie jakiś imponujących przekleństw także słabła. To wszystko straciło na znaczeniu, kiedy jego dłonie przyciągnęły mnie bliżej, gdy ten ruch przyspieszył jeszcze bardziej akcję mojego serca, a szum krwi znów wzmocnił się w uszach, ale nie na tyle, by umknął mi senes jego słów. 
       Rozchyliłam wargi, patrząc na niego z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy. Poczułam, że robię się czerwona, a jego słowa wywołają we mnie dreszcze. Bezczelnie mówił tak, jakby lepiej ode mnie wiedział, co teraz czuję. Mogłabym mu to wygarnąć, gdyby... nie miał racji.  
       - Kim ty jesteś, do cholery? - wyszeptałam, patrząc na niego nadal. Chyba nie miałam świadomości, że te słowa opuściły moje usta, miały bezpiecznie pozostać jedynie prywatną myślą, ale na to było już zbyt późno. Zaschnęło mi w ustach. 
       Więc o to chodzi? Te fale ciepła te dreszcze, to jak mnie do niego ciągnie. Czy to pożądanie? Jeśli tak, jak to możliwe, że już przy drugim spotkaniu ono tak silnie na mnie oddziałuje? Patrzyłam mu w oczy, pozwalając, aby cisza między nami trwała. Chciałam się w tym odnaleźć, ale nie miałam porównania, nie mogłam zestawić tego z niczym, czego dotychczas doświadczyłam. Był tak blisko, a w każdej chwili myśl o odsunięciu się wywoływała we mnie same nieprzyjemne emocje. Niechęć, rozczarowanie, ale też strach. Nie chciałam, aby między nami pojawił się dystans. Po prostu łaknęłam jego bliskości, zapewne tak, jak alkoholik łaknie procentów. Za wszelką cenę i bez względu na to, jak przez to będzie odbierało mnie otoczenie. Cóż za niebezpieczna istota. 
       - Jesteś podły - nie było w tym cienia złości, to nie brzmiało, jak obelga. Raczej stwierdzenie faktu, wynik analizy, zwilżyłam wargi, uniosłam delikatnie brwi. Miałam rację. Siedziałam na kolanach Logana, który nie był księciem z ludzkich powieści, czy filmów. On nie pochodził stąd, łączył nas ten sam świat, zbliżone tajemnice. - Poświęciłam swój pierwszy świadomy pocałunek, dla twojego żartu? - wyrzuciłam już przytomniej, a mój wzrok nieco się wyostrzył. To nie mieściło mi się w głowie. To, co teraz czułam i co faktycznie zrobiłam. 
       Wzięłam głębszy wdech. 
       - Muszę się odsunąć - zauważyłam, ale nie wykonałam nawet najmniejszego ruchu w kierunku spełnienia tych planów. Zmarszczyłam bardziej czoło, próbując przeanalizować to wszystko. - Nie powinnam ciebie szukać - dodałam jeszcze, nie przejmując się tym, że wypowiadam to na głos, że Logan to usłyszy. Zatrzymałam się w końcu na jego oczach, moja klatka piersiowa uniosła się. Och, jak chciałam, by te oczy patrzyły na mnie częściej, cały czas, tylko na mnie, nigdzie więcej. - Nie wiem, co ze mną robisz, ale przeraża mnie to i fascynuje. Rozsądek podpowiada, że powinnam wyjechać z miasta, gdzieś gdzie już nigdy na siebie nie trafimy, ale - mój głos się zniżył, ciało które chwilę temu było nieco spięte, zaczęło się rozluźniać. Moje dłonie, opierające się teraz na jego ramionach poruszyły się. Chciałam poznać układ jego mięśni, kości na karku, kosmyków włosów, jakby była we mnie obawa, że teraz tu jest, a niebawem zniknie. Jakby coś podpowiadało, że już raz przeżyłam stratę, ale przecież... to była całkiem inna historia i nie pozwoliłam sobie do niej wrócić, nie mówiąc już o tym, że Logana nie znałam. Nie mam prawa przywiązać się do kogoś, na podstawie dwóch spędzonych przy sobie wieczorów. - Nie pozwolisz mi na to, prawda? A ja nie będę na to nalegać - dodałam i tak oto stałam się muchą, która wpadła w pajęcze sidła. Tylko, że mucha jeszcze się miotała, a ja grzecznie czekałam, aż owinie mnie z każdej strony. 
       Może potem, jak już zniknie, jak któreś zdecyduje się przerwać kontakt fizyczny, zrozumiem, że to wszystko, to jakaś dziwna hipnoza. Odzyskam kontrolę nad sobą i być może nawet ucieknę, widząc, jak Logan Specter na mnie działa. Potem.  

XXII



Napięcie było niemożliwe do zniesienia. A jednocześnie tak przyjemne, rozgrzewające od środka. Spowodowane niepewnością tego, co się stanie i czy coś w ogóle się stanie. Czy to zrobi? A może zaraz zaśmieje się tylko i odejdzie, kpiąc sobie z mojej prośby – czy raczej rozkazu. Pozostawała mi tylko ta świadomość celowości całego tego przedstawienia, o której kobieta nie miała pojęcia, przynajmniej jeszcze nie.
Przez moment, krótszy niż mgnienie oka, wyglądała na zdziwioną, może zszokowaną. Cóż, ciężko byłoby uniknąć takiej reakcji na to, co przed chwilą powiedziałem jeśli wziąć pod uwagę, że prawdopodobnie czuje w mojej obecności to samo, co ja w jej. A jednak ta reakcja szybko została zastąpiona czynem. Tak szybko, że aż odniosłem nieprzyjemne wrażenie, że zupełnie jej nie znam. Oczywiście, nie znałem jej tak naprawdę, ale wydawało mi się, że na podstawie naszych całych dwóch spotkań będę mógł przewidzieć choć tak podstawowy ruch.
Czy to co czułem... To naprawdę było poddenerwowanie? Mieszało się z ekscytacją i ciepłem buchającym gdzieś w brzuchu, płomieniem pożerającym mnie od środka w chwili, kiedy sprawa się przesądziła, a Lana szepnęła mi kilka słów prosto do ucha. Prawie nie zrozumiałem ich treści, choć doskonale je usłyszałem – zdaje się, że moje marne, ziemskie ciało było teraz nastawione na inne bodźce. Zanim oderwała się od tej części mojego ciała i przysłoniła świat swoją osobą, zdążyłem jeszcze wyłapać spojrzenie tamtej kobiety dwa stoliki dalej; zajęta rozmową i śmiechem z koleżankami, mogła teraz myśleć, jakie to bezwstydne i obrzydliwe, że zabieramy się do siebie publicznie, w loży tylko częściowo osłoniętej od innych gości baru. Uśmiech na wargach mógł służyć jako podziękowanie dla nieznajomej. Ale już go nie zobaczyła, zajęta na powrót rozmową.
A ja, ach, i tak już nie miałem na to czasu.
Dotyk Lany elektryzował tak mocno, że prawie czułem napięcie biegnące nerwami do mózgu. Aura pulsowała mi w głowie razem z szumem krwi, coraz głośniej i mocniej, szybciej, jak rytm wybijany miarowo na bębnach. Kłębiła się dookoła nas, mieszała, choć nigdy nie mogła naprawdę się połączyć i dotknąć. Ta najbardziej pierwotna, najbliższa naszej prawdziwej formie w zaświatach cząstka istnienia, którą symbolizowała aura była jednocześnie najlepiej wyczuwalnym elementem nadprzyrodzonym na ziemi. Jednocześnie nikt nie mógł jej dotknąć – nawet one między sobą, choć zdawały się mieszać, pozostawały odrębnymi tworami tańczącymi w jednym rytmie i nigdy nie mogącymi się zetknąć.
Aura była tym, czym zostaliśmy stworzeni. Symbolizowała istoty nadprzyrodzone. I nie można jej było od siebie odciąć, w odróżnieniu od skrzydeł, rogów, kopyt i wszystkich innych atrybutów, które na Ziemi znikały.
Aż do ostatnich chwili patrzyłem w jej twarz, spod lekko przymkniętych powiek, czując swój śmiesznie płytki oddech – ta atmosfera wyciskała powietrze z płuc i nie pozwalała nabrać go więcej – i zapach jej ciała, włosów, a na sam koniec również i smak ust. Kiedy te się złączyły tak nieśmiało, tak delikatnie na początku, pod zamkniętymi już powiekami eksplodowała mi cała gama kolorów i czułem, jak bardzo mnie to podnieca. Nieśmiały pocałunek zmienił się w bardziej dziki i pierwotny, choć nie potrafiłem powiedzieć kiedy. Właściwie nic już się nie liczyło, byliśmy poza miejscem i czasem, na moment czułem tylko swoją i jej aurę, a te otoczyły nas ścisłym pierścieniem, izolując od otoczenia. Odpowiadałem na każdy jej ruch bez namysłu, śmiało pogłębiając pocałunek.
W chwili, w której się ode mnie odsunęła zwróciłem uwagę, że nade mną klęczy, a moje dłonie znajdują się na wysokości jej lędźwi.
W chwili, w której się ode mnie odsunęła zdałem sobie sprawę, że nigdy nie powinniśmy byli tego robić.
Choć wcześniej uśmiechałem się cwaniacko i sam przecież to wszystko zacząłem w swojej pysze, teraz wyraz mojej twarzy musiał być poważny, nieruchomy, zastygły. Po co to zacząłem? Nie mogłem spodziewać się, że to uderzy mnie aż tak mocno, że wyciśnie takie piętno. Robiłem to pochopnie. Miałem tyle lat i doświadczenia, a i tak, do kurwy nędzy, robiłem tak głupie rzeczy. Miałem ochotę warczeć, wrzeszczeć, poczuć smak krwi na języku i ból, coś rozpierdolić, z kimś się pobić i zakatować go na śmierć. Dlaczego tego zatem nie robiłem?
Na moich kolanach siedziała Lana Gold. Tylko i aż dlatego.
— Wyjaśnienia? Proszę bardzo; to był tylko idiotyczny żart — odpowiedziałem wreszcie, kiedy cisza między nami, nie gasnąca ani nie tracąca na znaczeniu w gwarze i huku baru zaczęła piszczeć mi w uszach. Spojrzenie wbite miałem w jej wargi, a po tych słowach przeniosłem je gdzieś w bok, na obicie miękkiej kanapy loży. — Sądziłem po prostu, że tego nie zrobisz. A może chciałem cię sprawdzić i teraz już wiem. Kurwa, już wiem.
Zacisnąłem zęby. Nie patrzyłem na nią, a jednak nie opuściłem dłoni ani nie zepchnąłem jej z kolan. Mogłem to zrobić. Pewnie chciałem. Ale trwałem bez ruchu.
— I jak widać padłem ofiarą tego swojego żartu. Teraz już nawet nie dostanę darmowego drinka. — Choć było to raczej zabawne, że nawiązywałem do jej słów sprzed chwili, na mojej twarzy i w emocjach nie pojawiło się nic, co mogłoby świadczyć o rozbawieniu.
Słowa o bliskości podziałały natomiast jak katalizator. Znów na nią popatrzyłem, z chłodem w oczach i z gorącymi dłońmi, które znalazły się teraz na jej biodrach i mocniej przycisnęły ją do mnie.
— Nie wystarczy — szepnąłem, lekko mrużąc przy tym oczy. — Ty najwyraźniej też padłaś jego ofiarą. Teraz, do cholery, pragnę cię jeszcze bardziej.

@GT - Tyler