wtorek, 28 sierpnia 2018

XXI



       Nie uszło mojej uwadze to z jakim spokojem Logan rozgryzał błędne pomysły moich współpracowników. W dodatku bardzo bezpośrednio sam siebie nazwał moim kochankiem, chociaż oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, jak daleko od prawdy leży ta kwestia. Nie mniej jednak ta jedna wypowiedź tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że mężczyzna nie należy do osób owijających w bawełnę, już wcześniej dało się to wyczuć, ale teraz zrozumiałam, że nie tylko w sytuacjach, nazwijmy je nerwowych pozwala sobie na taką bezpośredniość. Sama nie należałam do wycofanych osób, świadomość tego, że w rozmowie z ludźmi nic nie miałam do stracenia dawała przerażającą przewagę, tylko, że Logan człowiekiem nie był. W dodatku ja stale się wszystkiego uczyłam, a on zdawał się o wiele lepiej odnajdywać na Ziemi. Nie chciałam odstawać - ta myśl uderzyła we mnie nagle. Choćby nie wiem co, nie mogłam dać po sobie poznać, że jestem z tyłu, za nim, to całkiem zabawne, że drugiego dnia naszej znajomości już stawiam sobie podobne wymagania. 
       Zmrużyłam delikatnie oczy, kryjąc pod tym gestem pewnego rodzaju zaskoczenie. On naprawdę zdawał się nie obawiać mnie w żadnym calu. A zatem jak potężną istotą jesteś, Loganie? No i co do cholery robisz w tym mieście? Ostatecznie pozostawała jeszcze kwestia tego, ile wiesz i dlaczego tak silnie przyciąga mnie do ciebie jakaś nieznana mi siła? Czy aby na pewno odpowiedzi na te pytania będą przyjemne w skutkach, czy mówiłeś jedynie ze swojej perspektywy? Istniała też możliwość, że za wiele analizowałam, poza tym on sam był już po dwóch drinkach, w trakcie trzeciego. Nie mogłam łykać każdego słowa, które mi podrzuci, ale też nie potrafiłam być na nie obojętna. Jakby każda oddzielna sylaba, jaka opuszczała jego usta trafiała idealnie tam, gdzie sobie to założył, mieszając w mojej podświadomości, obijając się echem na długo po tym, gdy zamknął już usta. 
       Zaraz jednak mój towarzysz nieco się zreflektował, a może raczej zauważył, że niekoniecznie nasza relacja może być tak przyjemna. Znów uderzyła mnie myśl, że ma zdolność czytania w myślach, albo zwyczajnie los płatał sobie ze mnie figle, podsyłając mu rozterki, które aktualnie toczyły mój umysł. 
       - Masz racje - powiedziałam spokojnie, przyglądając się temu, jak podczas ruchu głową, jego włosy poruszały się w powietrzu. Drgnęła mi dłoń. Chciałam ich dotknąć i sprawdzić, czy... no właśnie, dlaczego tak bardzo chciałam ich dotknąć? Musiałam się uspokoić, złapać jakiś dystans, a przecież w chwili powstania tego pomysłu, cała moja dusza z miejsca zaczęła się buntować. Pragnęłam być w pobliżu tego mężczyzny i nie znałam takiego pragnienia wcześniej. Przerażało mnie ono, ale z każdą sekundą zdawałam się obrastać w odwagę, aby zmierzyć się z tym strachem. - To nie był tandetny komplement - kącik moich ust uniósł się w chwili, w której dokończyłam wypowiedź, na moment spoglądając w te jego lodowate oczy. Prawda była jednak taka, że naprawdę nieco mnie uspokoił, o ile o spokoju w naszej relacji można mówić. 
       Powinnam dać temu czas, przynajmniej teraz, kiedy nie jesteśmy sami, a według tego, co mówił wczoraj, nie zrobi mi krzywdy. Oczywiście mógł kłamać, brałam to pod uwagę, ale zachowując się jak zaszczute zwierze, niczego się nie dowiem, poza tym dla siebie samej, pragnęłam pozyskać wiedzę na temat tego mężczyzny, nawet jeśli koniec końców przyjdzie mi przed nim uciekać na inny kontynent. Chyba dobrze znać swojego oprawcę, prawda? 
       Teraz na przykład, kiedy mu się przyglądałam, nie uszło mojej uwadze, że nie poświęca się jedynie mojej osobie. Uderzyło mnie dziwne uczucie, jakby zawód, że nie skupia się tylko na mnie. Doprawdy dziwne, aż tak chciałam wywierać na nim to samo wrażenie, co on na mnie? Czy to już pycha? Jeśli tak, to Ojciec nie byłby z mnie dumny, a chociaż zdawałam sobie sprawę z tego, że ta myśl uchodzi za herezję, powiodła mnie ona do nieco łobuzerskiego uśmieszku. Pociągnęłam kilka łyków przez słomkę, w czystym odruchu wodząc wzrokiem za spojrzeniem Logana, jednak nim cokolwiek nim namierzyłam, mężczyzna znów się na mnie skupił i dzięki Bogu, że zdążyłam przełknąć przed tym, bo najpewniej oplułabym go całkiem widowiskowo. 
       Dobra, rozumiem... nie pozostawałam dłużna w tej grze, nie chciałam odstawać, podpuszczałam go, ale kurwa! To nie tak, że chciałam pobawić się ladacznicę, co zaraz pójdzie z nim do kibla. W ogóle czy mnie coś ominęło? Jakaś część naszej rozmowy? Moja wiedza ograniczała się do obejrzanych i przeczytanych romansów, jak i kilku obserwacji w barze, ale chyba podobne propozycje powinno poprzedzać nieco głębsze preludium, niż to, że jestem godna uwagi? Zdałam sobie sprawę, że serce mi przyspieszyło, ale od jego pytania, a raczej polecenia nie mogło minąć więcej, niż ułamek sekundy. 
       Ponaglił mnie i chyba wtedy dotarło do mnie, że coś musi być nie tak. Mój wzrok tak bardzo chciał teraz uciec w bok, nie rozumiałam tego, co się dzieje, ale przeczucie podpowiadało, że nie powinnam mu się teraz przeciwstawiać. Straciłam na pewności siebie, chociaż bardzo nie chciałam mu tego pokazać. Tylko, że jeśli faktycznie coś było na rzeczy, to raczej niska cena za względne bezpieczeństwo, prawda? A chuj! Dlaczego sam nie mógł mnie pocałować? 
       Niewiele myśląc puściłam szklankę i przysunęłam się do niego. 
       - Jeśli to podstęp, to piłeś dziś ostatniego drinka na mój koszt - powiedziałam mu to cichutko, prosto do uszka, czując, że jego dziwna energia napiera na moją, miesza się z nią. Skrywałam twarz w jego włosach, a czas jakby spowolnił, ale miałam wrażenie, że był nieco spięty, a może już sama sobie dodaję? W każdym razie adrenalina zaczęła we mnie buzować, ale z drugiej strony, jak niby miałam go pocałować, jakbym była na niego napalona? Odkąd zeszłam na ziemię, z męskimi ustami miałam do czynienia dwa razy. Pierwszy raz podczas mojego pierwszego dnia w pracy, kiedy jeszcze mało rozumiałam, przystojny blondyn się do mnie przykleił, a ja myślałam, że to tylko niewinny pocałunek i gdyby nie Dylan, to pewnie na nim by się nie skończyło. Drugi był chyba nawet gorszy, bo facet był pijany jak bela i dosłownie wepchnął mi język w usta, a jego umiejętności, obawiam się, mogły być nawet lichsze od moich własnych. No, ale to nie była chwila, aby o tym myśleć. 
       - Jeśli chcesz, żeby to było wiarygodne, będziesz musiał mi pomóc - jęknęłam i wcale mi się nie podobało, że byłam do tego zmuszona. W każdym razie wsunęłam kolano na miękką kanapę i uniosłam się nieco wyżej, bo Logan był ode mnie postawniejszy. Jedną dłoń położyłam na jego ramieniu, a kolejna fala tych dziwnych emocji uderzyła we mnie, zmuszając do wypuszczenia z ust powietrza ze świstem, który wprawił w ruch kosmyki jego włosów. Odsunęłam się na tyle by móc spojrzeć na jego twarz i czułam, że się rumienię. Mam nadzieję, że nie zauważy tego, albo zrzuci winę na alkohol, czy też moją perfekcyjną grę aktorską. Teraz musiałam się skupić na czymś innym, dlatego też pochyliłam się jeszcze bardziej. - To nie jest moja specjalność - mruknęłam w ostatniej chwili, prosto w jego usta, a potem... 
       Sama nie wiem, jak to nazwać, jak objąć rozumem emocje, które we mnie uderzyły, jednocześnie pchając do działania. Jego usta zdawały się idealnie współgrać z moimi i nie wiem już, czy był w tym tak dobry, czy może ja sama odnalazłam się w pocałunku, którego przecież sama nie chciałam... wydawało mi się, że nie chcę, ale teraz moje ciało nie było już tego takie pewne. Uniosłam się wyżej, przymykając oczy, mruknęłam kiedy moja dłoń w końcu znalazła się w tych upragnionych włosach, okładając się na jego potylicy tak, jakby to było jej miejsce. Przerażało mnie to, jak doskonale się czułam, tak nie powinno być, a gdy zaczęło brakować powietrza, rozsądek dał o sobie znać. Z trudem odkleiłam swoje wargi od jego, zdając sobie sprawę że jakimś cudem klęczę już znacznie wyżej nad nim, opierając swoje czoło o jego własne. 
       - Jesteś mi winny wyjaśnienia - powiedziałam szeptem, oddychając ciężko, nadal prosto w jego usta, próbując przy tym ukryć te wszystkie emocje, które tak bardzo się prosiły o nazwę, jakby ta od dawna we mnie była. Irytowało mnie to, drażniło, a jednocześnie nie chciałam, aby to uczucie zniknęło. Przymknęłam na moment oczy, nadal się nie odsuwając. W tej chwili nawet wizja tego, że być może znów powiększyłam między nami przepaść umiejętności mnie jakoś szczególnie nie interesowała. - No i co teraz? Już ci starczy mojej bliskości? - dodałam, nadal to czując. Nadal mogłam go dotykać, mając do tego pretekst. Chyba wciąż do mnie nie dotarło, co właśnie się wydarzyło i może zbyt pochopnie wzniosłam toast za konsekwencje. 

XX



Uśmiechnąłem się znacząco i niezbyt grzecznie, kiedy do moich uszu dotarło słowo „przyjaciel”. W związku z tym, jak i dlatego że barmanka właśnie postawiła przede mną zamówionego drinka, skierowałem w jej stronę nieco dłuższe spojrzenie. Takie, które nie mogło wydać się przypadkowe. Zamierzałem jednak zostawić je tak, nienazwanie, niesprecyzowane, nie do końca określone; lubiłem otaczać się aurą tajemniczości tym bardziej, kiedy znajdowałem się w ciekawym towarzystwie. A tym mianem mogłem określić osobę Lany.
Reszta rozmyła się pod naciskiem wrażenia wywracającego na moment świat do góry nogami, kiedy kobieta mimochodem złapała moje ramię. Zacisnąłem zęby tak mocno, że szczęka zarysowała się wyraźnie w przygaszonym, górnym świetle. Przez chwilę neony zdawały się świecić tak oślepiająco jasno, a wszystko stało się oczywiste tylko po to, żeby zostawić po sobie nawet większą niewiadomą, pulsującą z tyłu głowy świadomość, że jestem tak blisko. Jakby coś tam tkwiło, czaiło się gdzieś pod maską z cienkiego materiału, którego nie da się podrzeć nawet przy pomocy demoniej siły. Mogłem dotknąć kształtu, ale to nie powodowało, że potrafiłem sobie cokolwiek przypomnieć. Irytujące jak cholera.
Podniosłem się z miejsca i ruszyłem za dziewczyną, z rękami w kieszeniach spodni i spojrzeniem wbitym między jej łopatkami, na które gęstą, złocistą kaskadą opadały blond włosy. Kiedy dotarliśmy do celu, pobieżnym spojrzeniem jeszcze raz obrzuciłem salę i usiadłem obok kobiety. Zamierzając teraz wreszcie skupić się na przyjemniejszej części zadania – piciu i flirtowaniu tak, żeby nie zdawała sobie nawet sprawy, kiedy uzna, że zajebisty ze mnie demon.
— Zakładam, że postawili mnie w roli tajemniczego kochanka? — odpowiedziałem pytaniem, na które nawet nie oczekiwałem odpowiedzi. Zachowanie barmanki było dość oczywiste jak na mój gust. — Ludzie tak łatwo i tak szybko przypisują wyjątkowym zdarzeniom pospolite nazwy — westchnąłem teatralnie, sięgając po swojego drinka, kiedy Lana podniosła szkło jak do toastu.
Miałem nadzieję, że atmosfera się nie oziębi, a tymczasem kobieta sama zachowywała się, jakby ją chciała podgrzać. W jakiś sposób okropnie mnie to satysfakcjonowało. Pozwalało sądzić chociaż przez moment, że to tylko zabawa. Z resztą przecież nigdy aż tak nie obchodziły mnie konsekwencje – chodziłem po Ziemi, żeby żywić się przerażeniem i śmiercią. I po to, żeby żyć swoim życiem, takim, na które wpływ mogłem mieć tylko ja. Wszystkie upadłe anioły tego pragnęły a tak niewiele naprawdę mogła tego zasmakować. Mimo całej mojej nonszalancji, ja również nie miałem takiej swobody.
Ale w tej chwili był alkohol, seksowna kobieta i zabawa, która już dostarczyła mi tyle rozrywki, a która przecież dopiero się zaczynała.
— Wyobrażam sobie, że mogą być bardzo przyjemne — odpowiedziałem swobodnie, spoglądając na Lanę tylko kątem oka, po czym pociągnąłem łyk whisky.
Zdawało się, że tak ciężko upić Upadłego, a tymczasem już przy trzecim drinku czuję ten rodzaj ekscytującego podenerwowania. Chociaż, cóż, może to nie kwestia zawartości alkoholu. Przez chwilę patrzyłem, jak kobieta przystawia szklankę do ust, z zainteresowaniem obserwowałem delikatny ruch grdyki przy przełykaniu trunku, mrużenie oczu, wszystkie te drobne gesty, które składały się w bardzo spójną i ciekawą całość. O to chodziło, prawda? O ciekawość.
— A nawet jeśli konsekwencje będą okropne, to i tak niewielka cena za przyjemność, której już doświadczyłem — zawiesiłem na moment głos, czując jak uśmiech znów wciska mi się na usta. — Nie zrozum mnie źle, tandetne komplementy to nie moja działka. Rzadko spotykam na Ziemi kogoś tak godnego uwagi, jak ty. Nawet jeśli chodzi o niezbyt miły początek znajomości — prychnąłem, odstawiając szklankę na stół. Wolno pokręciłem głową. — Zwłaszcza, jeśli o to chodzi.
Podniosłem wzrok, ale dla odmiany powiodłem nim gdzieś w dal, po sali. Wcale nie przypadkowo w stronę orkiestry, nieco na lewo i trochę z tyłu. Leraje też patrzył prosto na mnie. Może czuł tak jak ja to coś, co szarpało jestestwem, a może nie. Mimo dobrego wzroku, siedział za daleko, a aktorstwo i pokerową twarz miał wyćwiczoną tak dobrze, że nawet mniejszy dystans na nic by się nie zdał. Wtedy przed oczami mignęła mi inna twarz; ładnej brunetki o nieco zbyt wąskich wargach, które nie komponowały się z resztą pięknej twarzy i wyglądały na doklejone.
Teraz. Poczułem niemal boleśnie, jak serce zabiło mi szybciej, kiedy do krwi wlała się adrenalina w naprawdę potężnej dawce. Gwałtownie odwróciłem głowę i wbiłem spojrzenie w najpewniej niczego nieświadomą Lanę. Oczy mogły zdradzać podenerwowanie, choć starałem się zachować kamienną powagę.
— Pocałuj mnie. Naturalnie, jakbyś to robiła od zawsze — zawiesiłem głos, pozwalając jej zrozumieć swoją prośbę. A może raczej rozkaz. — Albo lepiej tak, jakbyś była na mnie cholernie napalona. Szybko — ponagliłem, kiedy cisza przedłużyła się jeszcze o kilka ulotnych sekund.
Dawno kontakt wzrokowy nie palił mnie gdzieś wewnątrz tak, jak w tej chwili.

sobota, 18 sierpnia 2018

XIX



       Praca w barze była ciekawa, naprawdę cieszyło mnie to, że właśnie tutaj zarabiałam, bo chyba żadne inne miejsce tak szybko nie nauczyłoby mnie życia. Oczywiście stale popełniałam błędy, nie rozumiałam pewnych zachowań, czy sytuacji, ale w miejscach takich, jak to, kurs zachowań był znacznie przyspieszony, poza tym... mało kto mnie tutaj oceniał. Wszystko w pewnych granicach rozsądku było dozwolone, a co za tym idzie, także popełnianie błędów. Z każdej sytuacji dało się wyjść z twarzą, a jeden wieczór pozwalał na doświadczenie miliona przeróżnych sytuacji. Od tych miłych, po nieprzyjemne, a jednak mojego spotkania z Loganem Specterem nie potrafiłam zaszufladkować, zamknąć w znanych sobie schematach. 
       Chyba nie chodziło jedynie o to kim był, skąd pochodził. Nawet też myśl, że jest śmiertelnie niebezpieczny nie miała w tej chwili aż takiego znaczenia. To, co teraz było istotne, pochodziło ode mnie, nie od niego. Bo przecież, jak w zasadzie zauważyła Skylar i Dylan, to ja zachowywałam się inaczej, niż zwykle. Mogłam go traktować, jak normalnego klienta, albo wroga, bo po naszym wczorajszym spotkaniu chyba lepiej odnajdywał się w tej kategorii, niż gdybym miała patrzeć na niego, jak na swojego sprzymierzeńca. Mogłam też budować między nami mur, wyznaczyć granicę, dystansować się i odkreślać, że jedyne czego chcę, to wiedzieć kim jest i co robi na Ziemi. Nigdy nie było potrzeby, aby się do niego uśmiechać, tak, jak robiłam to teraz, aby pozwalać sobie na zagrywki słowne, czy teraz, spędzać z nim czas, dając do zrozumienia, że nie robię tego z każdym. Sprowadzało się to do prostej myśli, że oto, będąc tutaj przy nim, naprawdę sama tego chciałam, a atmosfera między nami nie była z góry narzucona, była naszym wyborem. Co najważniejsze, odpowiadała mi ona idealnie.  
       Uniosłam delikatnie brwi i w końcu mój wzrok porzucił zapoznawanie się z jego szyją, jak i ramionami, bez problemu odnajdując chłodne oczy. Czy mogłam już uznać, że i on czuje to dziwne przyciąganie, czy może była to jedynie zbieżność tematów? 
       Chciałam coś odpowiedzieć, ale ta kwestia dla mnie wydawała się dość istotna, więc przerwanie w postaci muzyki nieco zbiło mnie z tropu. W dodatku Logan postanowił postawić mi drinka, przez co odruchowo zmarszczyłam lekko nos. Zastanawiałam się czy to dobry pomysł, z przyczyn czysto logicznych. Z drugiej strony nie mogłam odmówić, a jeszcze inna sprawa była taka, że chyba zwyczajnie nie chciałam. 
       Odwróciłam wzrok w stronę baru, kiedy on już zamówił, a ja jeszcze nieco zaskoczona wodziłam wzrokiem po butelkach, skutecznie omijając Sky, bo ona tylko czekała, aby posłać w moją stronę spojrzenie na jakie teraz gotowa nie byłam. Niestety dziewczyna nie należała do osób cichych i zaraz przybliżyła się do nas nieco bardziej, kiedy robiła już drinka dla mojego towarzysza. 
       - Złotko pije tylko słodkie drinki. Myśli, że jak nie czuć w nich alkoholu, to każdy się nabierze, że to tylko soczek - rzuciła, chyba bardziej do Logana, niż do mnie, chociaż ten nie poświęcał jej szczególnie dużo uwagi. Ja natomiast przekręciłam oczami. 
       - Dziękujemy za informacje, może w takim razie zrobisz jakiegoś słodkiego drinka? - uśmiechnęłam się do niej słodko, a moje oczy jawnie dawały jej do zrozumienia, żeby już sobie darowała dalsze żarciki, na co ona zaśmiała się tylko głośno. 
       - No już, już, od kiedy się tak niecierpliwisz w sprawach alkoholu? Twój przyjaciel powinien częściej nas odwiedzać - teraz to spojrzała na Logana, kładąc przed nim jego drinka, a zaraz zabrała się za przyrządzanie mojego i naprawdę miałam ochotę czymś w nią rzucić, kiedy zauważyłam, jak na swoją korzyść przekłamuje proporcje. Chociaż akurat w tym temacie raczej żaden inny klient by nie narzekał, ja zmierzyłam ją groźnym spojrzeniem, gdy Logan płacił, a ja pociągnęłam łyk przez słomkę. 
       - Coś nie tak, Złoto? - wyszczerzyła się ponownie, ale ani myślałam komentować tego, że równie dobrze zamiast soku mogła użyć barwnika spożywczego, bo ten w tej mieszance stanowił tylko ozdobę. 
       - Tam jakieś panny czekają na zamówienie - burknęłam wskazując głową inny kawałek baru. Pokręciła tylko głową, bawiąc się perfekcyjnie.
       - Yhm... spokojnie, już ci nie zabieram cennego towarzystwa - z tymi słowami odeszła od nas, a ja powstrzymałam ciche jęknięcie i rozejrzałam się po pomieszczeniu, odruchowo łapiąc mężczyznę za ramię. 
       - Usiądźmy tam, zwolnił się stolik - powiedziałam, ale równo z tym zamarłam na moment. Znów to się stało, znów przełamaliśmy barierę dotyku, a raczej ja ją przełamałam i poczułam te dziwne dreszcze, o wiele silniejsze, przejmujące. W głowie zamieszało się w elektryzujący, ale też przyjemny sposób. Wzięłam głębszy wdech, a chociaż bardzo nie chciałam, puściłam go zaraz. - Chodź - mówiąc to zabrałam nasze drinki z lady i skierowałam się płynnie między ludźmi, aż do wypatrzonego stolika, a w zasadzie niedużego boksu z półowalną kanapą. Wsunęłam się na nią płynnie, licząc na więcej swobody, a na pewno brak monitoringu w postaci osób z mojej pracy. 
       - Znajomi z pracy mylnie zrozumieli kim jesteś - wyjaśniłam po chwili, gdy już wygodnie się rozsiadłam. - Sam rozumiesz, raczej prawda mogłaby ich zabić, poza tym - tutaj nie mogłam się powstrzymać przed bezczelnym uśmiechem. - Ja sama nadal wiem zbyt mało - złapałam swoją szklankę po czym uniosłam ją delikatnie, w jego kierunku, jak do toastu. 
       - Czyli za słodką nieświadomość i konsekwencje? - wróciłam do jego wcześniejszych słów, unosząc na sekundę brwi do góry, jakbym co najmniej wyzywała go na pojedynek, a przecież tak nie było. - A skoro już przy tym jesteśmy, nie boisz się konsekwencji? - dodałam po chwili, nadal jeszcze nie pijąc ze szklanki. Czekałam, ważąc dokładnie słowa, nie odrywając od niego spojrzenia. - To nasze drugie spotkanie, podejrzanie miłe, w porównaniu z wczorajszym, nie wiem, jak w tobie, ale we mnie rodzi to pewne podejrzenia. Nadal wiem o tobie mniej, niż ty o mnie, a dzisiaj szala jeszcze bardziej przechyliła się na twoją korzyść, co muszę zrobić, żeby wyrównać nasze szanse? - zniżyłam głos jeszcze bardziej, jednak tylko do stopnia, w którym ton mojego głosu był nadal przez niego słyszalny. 
       Zmrużyłam delikatnie oczy, a po chwili olewając słomkę, przyłożyłam brzeg szklanki do ust i pociągnęłam z niej sporą porcję kolorowego płynu, delikatnie ścierając z warg językiem kropelki płynu, jakie się na nich osadziły. Nie chciałam, aby umknęła mi jakakolwiek z jego reakcji. Teraz dopiero zdałam sobie sprawę z tego, że w istocie nasze pozycje nie są takie same. Pozwoliłam mu z własnej woli, bądź przypadku w postaci szefa, poznać nieco więcej faktów z mojego życia, podczas gdy on nadal nie zdradził nic. Irytowało mnie to, ale też w jakiś dziwny sposób pociągało. Chciałam się dobrać do jego życia, rozpracować każdą tajemnicę, dowiedzieć się wszystkiego i nie szukać powodów swojego zachowania. Było to moje pragnienie, silne, a przy tym rosnące z każdą sekundą, jaką spędzałam w jego towarzystwie. Musiałam się dowiedzieć kim on jest, za wszelką cenę. 

XVIII



Prychnąłem śmiechem, jednocześnie opuszczając lekko głowę i wolno nią kręcąc.
— Jak na ciebie patrzę, to myślę, że jednak bym chciał się dowiedzieć, jak sobie z nimi radzisz — powiedziałem luźno po chwili znów podnosząc spojrzenie na kobietę i tylko w myślach dodając, że jestem przecież groźny.
Groźniejszy niż jacyś tam podchmieleni klienci desperacko pragnący ją wyrwać na jedną noc ze względu na zajebiste cycki, z nożem w kieszeni czający się na rogu ulicy, którą wraca do domu późną nocą po zmianie w barze. I tylko w głębokiej podświadomości czując, że w innych okolicznościach z pewnością i te słowa ujrzałyby światło dzienne w odwiecznej grze i potrzebie udowodnienia swojej dominacji. Z resztą; po wczorajszej rozmowie musiała sama zdawać sobie z tego sprawę, więc prawdopodobnie to była tylko niewinna zaczepka słowna, których oboje używaliśmy tak chętnie i często  w naszej znajomości z krótkim stażem.
Pięć minut odliczyłem tylko po uderzeniach serca, nie patrząc na zegarek, żeby nie przegapić żadnego gestu. Gdybym potrzebował wymówki, mógłbym przecież powiedzieć, że przyglądam się jej jak robi drinka, bo to po prostu interesujące. Ale ja jej nie potrzebowałem – gapiłem się, żeby wszyscy dookoła widzieli. Mówiłem takie rzeczy, choć nikt nas nie słuchał, po to, żeby wywołać jej reakcję. Żeby potencjalni zainteresowani na dziś zrozumieli, że tego wieczoru nie mają już szans. Te jej uśmiechy, cmokanie, sugestywne oblizywanie ust, spojrzenie, które spoczywało na mnie zdecydowanie częściej niż na jakiejkolwiek innej osobie w barze; wszystko dawało znać otoczeniu, żeby trzymali się z daleka. Od niej. Ode mnie, kiedy mam już określony cel. Od nas.
Westchnąłem ciężko, niemal teatralnie.
— Dla ciebie się mogę postarać — odpowiedziałem już praktycznie prosto w szklankę z Burbonem, którą znów unosiłem do ust. Najpewniej Lana mnie nie usłyszała, bo plecami do mnie już zmierzała w stronę zaplecza, ale ważne, że dotarło to do tego typa przy najbliższym stoliku, który patrzył w tym kierunku częściej, niż należało to robić i niż mógłbym to uznać za przypadek.
Znowu zostałem tylko ze szklanką w dłoni i możliwością przyglądania się najróżniejszym nazwom alkoholi przed oczami. Miejsce po mojej lewej wciąż pozostawało puste. Najwyraźniej o tej porze klienci nie przybywali już tak tłumnie, ale z pewnością ci, którzy byli obecni się w barze, zostaną tu do późnych godzin nocnych, ewentualnie wczesnych porannych. Wypity alkohol pobudzał mnie do działania i choć drinki były wyjątkowo mocne – ciekawe swoją drogą czy to zasługa mojego uroku osobistego i sympatii barmanki, czy po prostu takie tu podawali – czułem, że muszę wypić jeszcze przynajmniej jeden, żeby się rozluźnić. Zwłaszcza, że kiedy tylko Lana Gold znikała na moment z horyzontu, wątpliwości i złość na samego siebie dobijały się mocniej i trudniej je było odsunąć, stłamsić, zagłuszyć przyjemnością płynącą z tej dziwnej gry.
Podniosłem wzrok znad trzymanej w dłoni szklanki, odwróciłem głowę w lewo, w kierunku niewielkiego podwyższenia, na którym znajdował się jakiś mało znany zespół grający jazz. Kątem oka wyłapałem ruch tuż za nimi, przy stoliku stojącym w kącie pomieszczenia. Zmrużyłem lekko oczy, dłoń do tej pory leniwie mieszająca drinkiem zamarła. Leraje. A więc tam się ukrył. Cóż, muszę mu powiedzieć, że mimo doskonałych umiejętności w irytowaniu mnie, spóźnianiu się i zarywaniu do wszystkiego, co nie ma fiuta, mistrzem kamuflażu nie zostanie. Pomogłoby, gdyby nie otaczał się pięcioma dziewczynami o najróżniejszej urodzie, które – jak widziałem z tej odległości, przy zaciemnieniu nie pomagającym w wyłapywaniu szczegółów  – chichotały jak głupie, pożerając go spojrzeniami. Dopiłem naraz resztę drinka i głośno odstawiłem szklankę na blat. Ten zastrzyk porządnego alkoholu nieco mnie uspokoił. A może to świadomość, że Leraje tu jest. Że jeśli będę chciał zrobić coś wyjątkowo głupiego, z pewnością mnie od tego powstrzyma.
Właśnie w tej chwili przyczyna wszystkich możliwych do zrobienia głupot tego wieczoru przysiadła się obok mnie. Uśmiechnąłem się krzywo, słysząc jej pierwsze słowa i nawet bardziej, gdy dopowiedziała końcówkę. Skłamałbym, gdybym nie powiedział, że w tamtej chwili moje serce zabiło mocniej i szybciej. Żeby ostatecznie rozbić się o rozczarowanie, kiedy okazało się, że wciąż nie przechodzimy dalej – że nie będziemy rozmawiać naprawdę o tym, co ważne. A wraz z tym jakiś rodzaj ulgi, że gra wciąż jest tylko grą, że mogę się rozerwać bez konieczności skupienia się na sprawach poważnych.
— Czemu miałbym? — odpowiedziałem pytaniem, na ułamek sekundy unosząc brwi w wyrazie sztucznego zdziwienia. Wiedziałem przecież, czemu. Robiłem to specjalnie. Wywoływałem takie reakcje, zdając sobie sprawę, że ona też to robi. — Niech patrzą i niech sądzą, że widzą cokolwiek. Oboje wiemy, że to nieprawda. Są rzeczy, które widzimy i czujemy tylko my. Prawda? — szepnąłem, a szept ten zniknął w rozpoczynającym się właśnie mocnym akcentem kolejnym utworze.
Chyba ostatkami silnej woli powstrzymałem się od nachyleniem się w jej stronę i otwartym przełamaniem dzielącego nas dystansu.
— Stawiam drinka. Za słodką nieświadomość — rzuciłem głośniej, kierując spojrzenie dla odmiany w stronę baru. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na inną barmankę, z burzą loków i bardzo wyzywającym wyrazem twarzy; jakby w ogóle o tym nie myślała ani nie starała się tego robić. Wyzwanie wyglądało na niej wręcz naturalnie. — I za konsekwencje. Uwielbiam to słowo. Przepraszam! Dla mnie Old Fashioned — zwróciłem się w kierunku kobiety z ujmującym w moim nieskromnym mniemaniu uśmiechem — a dla Lany...? — zawiesiłem głos, teraz patrząc na swoją towarzyszkę.
Rudowłosa uśmiechała się szeroko, ale tego, zajęty swoimi myślami i wwiercaniem nieprzeniknionego spojrzenia w blondynkę jakoś nie zauważyłem. A może nie chciałem zauważyć. Była tylko marnym człowiekiem, osobą niewartą mojej uwagi i poświęcanego jej czasu.
A ja naprawdę kupowałem jej drinka. I mogłem się oszukiwać ile wlezie, że to tylko chwilowe, że to taka rozrywka, że to dla większego dobra, że jestem w pracy i zamierzam wycisnąć z niej wszystko, co wie, tyle że póki co po dobroci, bo to sprawiało mi przyjemność. Łykałem te wymówki bez zająknięcia, bo nie zamierzałem robić sobie wyrzutów sumienia. Wiedziałem, że mimo wszystko czujny Leraje zrobi je za mnie, kiedy tylko zostaniemy na moment sami.

XVII



       Kącik moich ust zadrżał, kiedy na dość zawadiackie pytanie, mój rozmówca zdecydował się odpowiedzieć. Podobało mi się to, że nie mieszał, był bezpośredni, a mimo wrodzonej bezczelności, jaką mogłam wyczuć już po tak krótkim okresie znajomości, nie zrażał mnie do siebie. Wręcz przeciwnie. Musiałam być zatem idiotką, bo co innego lgnąć do niebezpieczeństwa, nie będąc go świadomą, a co innego robić to, doskonale zdając sobie sprawę z konsekwencji, jakie takie działanie może przynieść. Prawda była taka, że w moim dotychczasowym istnieniu mało było miejsca na ryzyko. Ostatni raz podjęłam się go tak dawno, na samym początku, od tamtego czasu minęło prawie milenium, a wspomnienie tamtych chwil wciąż przynosiło żal, wściekłość, smutek, cierpienie, chęć walki o sprawiedliwość i okrutną myśl, że nie ma już o co walczyć. Bo to była daleka przeszłość, która już nigdy nie miała znaleźć swojego odbicia w teraźniejszości. Cokolwiek działo się teraz, nie powinnam patrzeć na to przez pryzmat dawnych lat. Przetrwałam ogrom czasu nie sięgając po nic, trwając w zawieszeniu, w jakim mnie trzymano. Nie marzyłam, nie śniłam, nie pragnęłam, jakby takie czynności przestały mnie dotyczyć. W końcu wyrwałam się z tego stanu, pozwalając sobie na samolubność i żyłam na Ziemi już miesiąc, niekiedy żałując, innym razem zarzekając się, że to najlepsza decyzja na jaką się zdobyłam. Mimo to z ryzykiem postępowałam ostrożnie, świadoma tego, że raz przejechałam się na nim dotkliwie. No, a teraz był on. Logan Specter. Mężczyzna, z którego wszystko wręcz wrzeszczało, aby trzymać się z daleka, a jednocześnie wszystko to zachęcało, bym podeszła bliżej. Pierwsze wrzaski musiały należeć do mojego rozsądku, drugie... nie zastanawiałam się nad tym, ale były na pewno głośniejsze. 
       Uniosłam delikatnie brew, spoglądając na szklankę, jaką opróżnił. Prawda była jednak taka, że to jego słowa głównie teraz mnie interesowały. Ponownie niebezpiecznie bezpośrednie, trafiające we mnie perfekcyjnie, wywołując te dziwne, elektryzujące dreszcze. Prychnęłam cicho, wyciągając dłoń tak, aby jedynie wskazującym palcem zahaczyć o wnętrze szklanki i powoli dosunąć ją jeszcze bliżej do siebie. 
       - Miło, że ostrzegasz - zauważyłam, chwilę jeszcze patrząc na szkło, a dopiero po jakimś czasie przeniosłam spojrzenie na jego twarz, ponownie pozwalając sobie na bezczelny uśmiech. - Ty również uważaj, nie chciałbyś wiedzieć, jak sobie radzę z groźnymi klientami - pociągnęłam w podobny sposób, jak on sam. Starając się imitować jego głos, w którym głównie dominowało rozbawienie, ale także coś jeszcze, co pozostawiało przyjemny posmak na koniuszku języka. - Mały. Ja aż tak starej daty nie jestem - znowu to zrobiłam. Puściłam mu oko, równocześnie zabierając szklankę. 
       Oczywiście złapałam nowe szkło i znów przygotowałam wszystko do jego drinka. Chciałam chociaż podczas jego przyrządzania zachować się profesjonalnie, bo przez obecność mężczyzny nieco w tym temacie podupadałam, ale nie dało się. Nie, kiedy mówił mi takie rzeczy. W barze dużo osób się do mnie przystawiało. Dylan się śmiał, że ze Sky mamy na to skrajnie różne sposoby. Ja ignorowałam wszystkich zalotników, ona dla wszystkich była wyjątkowo miła. Przyzwyczaiłam się do takiego stanu rzeczy, ale teraz było inaczej i miałam świadomość, że to widać, a już na pewno dwójka współpracowników to dostrzeże, co tylko skomplikuje w ich oczach moją relację ze Specterem. 
       - Zachłanny, a teraz jeszcze zaborczy - cmoknęłam cicho, smakując te usta na języku. O dziwo mój uśmiech tylko się poszerzył. - Zadowalanie mężczyzn, to moja praca. No i chyba przyznasz, że radzę w tym sobie całkiem nieźle - skwitowałam, a zaraz zajęłam się ostatecznym przyrządzaniem drinka. Kiedy ten był już gotowy, postawiłam przed nim szkoło, naprawdę zadowolona z tego, że po raz kolejny zamówił to samo. 
       - Pięć dni, mówisz? Chyba jednak brak mi anielskiej cierpliwości - możliwe, że tą wypowiedzią nieco naginałam fakty. W prawdzie jego pojawienie się tutaj nie wyszło ode mnie, ale z drugiej strony cały dzień chciałam napisać, więc czy aby na pewno było to kłamstwo? Nie zastanawiałam się nad tym, bo oto moja zmiana dobiegła końca. - Znikam na chwilę, ale spokojnie... nie każę ci długo czekać, więc liczę, że wytrzymasz - dodałam psotnie, po czym skierowałam się w stronę zaplecza. Wiedziałam doskonale, że dwie pijawy tylko na to czekają.
       - Wiedziałaś Sky, że nasze małe złotko potrafi tak flirtować? - Dylan niby nie mówił do mnie, ale jego głos rozniósł się echem po niewielkim pomieszczeniu. Przekręciłam zaraz oczami wyciągając z szafki swoją torebkę. Oczywiście czarną, odkąd trafiłam na Ziemię, nie sięgałam po inny kolor. 
       - Z nikim nie flirtuję - mruknęłam, sprawdzając czy mam telefon, czy może znów zostałam okradziona. Wszystko było. 
       - Yhhhhhhhmmmmmm - rozniósł się kobiecy głos, a chociaż jej nie widziałam, to w głowie doskonale miałam obraz wypchniętych w dzióbek powątpiewania ust. - To pewnie nie masz nic przeciwko, abym zapytała, czy nie chce wrócić ze mną do mieszkania? - odwróciłam się zaraz przez ramię i łypnęłam na nią groźnie, co tylko ich rozbawiło. 
       - To nie jest śmieszne - zauważyłam, nieco marudnym tonem głosu. 
       - Właśnie Sky. Zostaw ofiarę Lany w spokoju, skoro w końcu jakaś się trafiła - mruknął nasz szef odpalając papierosa, po czym potarmosił obszerną fryzurę kobiety. - Swoją drogą, zakładaliśmy, że będzie wyglądał inaczej... 
       - Jak inaczej? - skrzywiłam się gotowa do wyjścia. - Jest z nim coś nie tak? - dodałam zaraz, czując, że serce mimowolnie mi przyspiesza. Oni też to czuli? To dziwne przyciąganie? A może widzieli więcej, niż ja. 
       - No jest zajebistą dupą! - zaśmiała się Skylar, przygryzając dolną wargę ust. - Taką drapieżną! Dylan obstawiał, że to będzie typ ważniaka, a ja, że zadbanego pizdusia, a tutaj... nono, Złotko, nie docenialiśmy ciebie. Więc wiesz, jakby wam coś miało nie wyjść, daj mu mój numer - puściła mi oko, a ja jęknęłam pod nosem. 
       - Jesteś okropna, Sky. 
       - Po prostu nie lubię, jak dobry okaz stygnie, zabij mnie za to! - burknęła, a ja już dalej nie słuchałam, tylko oznajmiłam, że lepiej, aby ktoś wrócił do pracy, bo moja się już skończyła. 
       Wyszłam bokiem, między tłumem, czując na sobie spojrzenie wcześniej dostrzeżonej trójki kobiet. Zbyt przychylne ono nie było, a zatem miałam rację, z niezbyt wiadomego mi powodu kobiety potrafiły naprawdę szybko zapałać do kogoś zazdrością, czy też nawet nienawiścią. Doskonale wyczuwałam ich niechęć i nie wiem dlaczego, ale kręciło mnie to na tyle, aby posłać im pewne siebie spojrzenie, a potem wyminąć i odnaleźć bezbłędnie właściciela lodowych oczu, nawet jeśli ten siedział tyłem. 
       Wsunęłam się zgrabnie między niego, a jakiegoś kolesia siedzącego bokiem do baru i opowiadającego najpewniej swojemu kumplowi o meczu na którym był ostatnio. Pewności mieć nie mogłam, bo mało mnie oni obchodzili. Zamiast tego skupiłam się na swoim towarzyszu. On siedział nadal na stołku, ja już nie byłam na podwyższeniu, które znajdowało się dla wygody za barem, więc musiałam mocniej zadrzeć głowę, aby spojrzeć na jago twarz. 
       - Od teraz nie muszę już nikogo zadowalać - mruknęłam, odwołując się do końca mojej pracy, jak i jego wcześniejszych słów. To z kolei sprawiło, że uśmiechnęłam się łobuzersko i opierając skroń na dłoni dodałam jeszcze kilka słów: - Nawet ciebie, chyba, że miałabym w tym jakiś cel - nie odwracałam spojrzenia przez dłuższą chwilę, a dopiero potem zerknęłam na szklankę, którą sama podałam mu jakiś czas temu. Swoją drogą zastanawiało mnie, czy ma mocną głowę, a może raczej, jak rozmowny się staje po alkoholu. Bardzo też chciałam wmawiać sobie, że całe to nasze spotkanie z mojej strony było jedynie podstępem, chęcią wyciągnięcia informacji. Niestety jednak takie oszustwo nie było w stanie zamydlić mi oczu. Czułam to teraz, będąc w zasadzie tak blisko, po jednej stronie baru. Potrzebę zostania przy nim jeszcze jakiś czas, nasycenia się dziwnym, nieznanym uczuciem. Cokolwiek ze mną robił, obawiałam się, że niebawem przestanę mieć cokolwiek przeciwko i było to bardzo niebezpieczne. 
       - Będę miała przez ciebie problemy - wodziłam spokojnie wzrokiem, gdzieś w okolicach jego obojczyków, wystarczająco blisko twarzy, a jednak torturując samą siebie i nie pozwalając oczom odnaleźć teraz tych należących do niego. Pozwoliłam by cisza wgryzła się między nas, by nie zrozumiał tych słów od razu, może zaczął dopowiadać sobie teorie. By chciał odnaleźć w moim spojrzeniu jakieś podpowiedzi, ale czuł też, że nie ma na to szans, kiedy nadal przyglądam się jedynie tętnicy pulsującej spokojnie na jego szyi. Zwilżyłam w końcu wargi, a kolejny uśmieszek zamajaczył na nich, kiedy szykowałam się do wyjaśnień. - Klienci zobaczą, że traktuję kogoś w specjalny sposób i będą bardziej nieznośni. Pewnie nie weźmiesz za to odpowiedzialności, prawda? - zakończyłam, sama nie wiedząc do czego tak naprawdę prowadzą moje słowa. Czułam się jednak dobrze, a to pozwalało mi wierzyć, że takie zagrania są bezpieczne, bo kiedy poczuje zagrożenie, na pewno zdążę się wycofać. 
       Całkiem inna była zaś kwestia, że wolałabym, aby ów zagrożenie po prostu nie nadeszło. 

XVI



Jeszcze kilka sekund temu mierzyliśmy się spojrzeniami i miałem wrażenie, że świat poza nami nie istnieje. Nie dlatego, że faktycznie go nie było, że go nie słyszałem go albo nie widziałem – przecież muzyka wypełniała pomieszczenie, odbijała się w bębenkach uszu i wciąż ktoś mnie popychał, widziałem też kątem oka ruch za barem innych pracowników. Odbierałem wszystkie bodźce zewnętrzne, do których przystosowane było moje spłaszczone w sensie metafizycznym, ludzkie ciało. Ale ten świat się nie liczył. Liczyła się istota przede mną i sam już nie mogłem powiedzieć czy chodziło o nią, czy raczej o uczucie, które powodowała we mnie. Choć i na tą wątpliwość wewnętrzny egoista, który sprawnie dominował wszelkie inne „ja”, miał już gotową odpowiedź. Przechyleni nad barem, związani kontaktem wzrokowym i czymś więcej, na co nie było ludzkiego określenia – jako że ludzie nigdy nie odczuwali i nie będą odczuwać takich emocji – byliśmy dwoma stworzeniami Boskimi w tłumie zwykłych śmiertelników z życiem mniej trwałym niż pył na wietrze. Nie chodziło nawet o uczucie pychy i wywyższenia, przynajmniej ja byłem na to za stary i zbyt doświadczony, a porównywanie się do ludzi nie miało dla mnie celu tak samo, jak nie miało go porównywanie światów równoległych. Nie chodziło o sprawę zaginionej duszy, którą ścigałem; przestałem się już oszukiwać w tym temacie.
Chodziło o to wrażenie. Jakby coś fizycznie przyciągało mnie do niej.
Niestety, ktoś nam się wpierdolił w rozmowę, Lana Gold przeprosiła, odwróciła się i odeszła. Nawet jeżeli tylko o pół metra, do gości głośno domagających się obsługi, chwila minęła. Podniosłem szklankę i, delektując się drinkiem, przyglądałem się scenie obok z obojętnością wymalowaną na twarzy. Taka, jak tysiące innych na przestrzeni wieków. Pokaz siły. Postawienie na swoim, zaimponowanie przez zeszmacenie drugiego człowieka. Tyle ludzi używało tej metody, była tak żałośnie prosta i tak imponująco działała za każdym razem. Masz pieniądze, płacisz więc wymagasz. Płacą ci, więc rób co należy.
Scena rozgrywająca się w obok taka jakich tysiące, lecz tym razem było w tym wszystkim coś szczególnie dla mnie interesującego. Czy już sądziłem, że ona do mnie należy? Że tylko ja mogę jej grozić, tylko mi należą się ostre słowa w jej kierunku, a ostatecznie, czy tylko mi należy się decydowanie o jej śmierci. Słowem, czy poczuję żałosną, ludzką złość za takie zachowanie w stronę Lany albo, co gorsza, zazdrość.
Choć patrzyłem uważnie, kątem oka tak, aby ta dwójka nie mogła się zorientować że są obserwowani, na szczęście wszystko co czułem to znużenie. I cholerne pragnienie, żeby już się odczepili ale nie dlatego, że byli chamscy dla barmanki. Raczej dlatego, że cały jej czas miał być dla mnie. Przyjechałem tu po to, żeby się bawić, żeby coś sprawdzić, dowiedzieć się, poznać ją i zrozumieć, co się ze mną dzieje. Irytowało mnie, że natrętni klienci wciąż wymagali uwagi Lany, podczas gdy to mnie należała się ona należała – ledwie zaczęliśmy rozmawiać, a już ktoś nam przeszkadzał. To wypływało z mojej demoniej natury. A ja nie zamierzałem się powstrzymywać. Zanim jednak zdążyłem ich przekonać, że lepiej dla nich będzie jak odpierdolą się od mojej barmanki i zabiorą swoją dziewczynę w jakieś bezpieczniejsze miejsce, gdzie nic i nikt nie będzie jej groził, sytuacja się zmieniła.
Okazali się nie być po prostu kolejnymi zbyt głośnymi synami bogatych ludzi, którzy kulą ogon pod siebie po pierwszej głośnej i wyraźnej odmowie. Lana odeszła, ja też straciłem zainteresowanie sprawą. Dopiłem drinka i korzystając z chwili samotności potoczyłem spojrzeniem po barze. Półmrok nie ułatwiał rozpoznawania twarzy, a Leraje umiał się dobrze skryć, jeśli tylko miał ochotę – zakładałem, że nie będzie błyszczał w towarzystwie, skoro miał znajdować się w jednym pomieszczeniu z potencjalnym anielim tropicielem. Dlatego nie znalazłem go aż do chwili, kiedy przede mną znów pojawiła się Lana.
Wreszcie, chciałoby się rzec.
— Jak diabli — odpowiedziałem tylko, czując, że wraz z uśmiechem wraca mi dobry humor.
Zwłaszcza, że kobieta najwyraźniej też się rozkręcała. Wydawało mi się, że wcześniej, mimo oczywistej bezczelności, nie robiła tego jeszcze tak otwarcie. Czy to wpływ mojego zachowania, innego miejsca spotkania a może jeszcze czegoś innego? Nie chciałem zakładać, że czuje to samo, co ja na jej widok. Że pragnienie, którego nie da się ugasić wodą ani alkoholem trawi ją od środka. Że zdaje się, że zapomniała o czymś ważnym i choć ma przed sobą obcą osobę, chce powiedzieć jej o czymś... Zupełnie nie mając pojęcia, o czym dokładnie.
— Niestety — westchnąłem teatralnie, odstawiając pustą szklankę i przesuwając ją sugestywnie w stronę kobiety — zawsze chciałem więcej, niż dawali. Uważaj, bo jestem gotów wyszarpać ci wszystko i jeszcze ci się to spodoba — dodałem zupełnie bezczelnie, choć tonem głosu sugerującym sarkazm i rozbawienie, niż powagę albo złość. — Dla mnie drugi raz to samo... mała, chciałoby się rzec. Ale ja zdecydowanie jestem starej daty.
Znów to robiła. Skracała między nami dystans, nachylając się lekko nad blatem. Czy to moja pycha kazała mi zauważyć, że do żadnego innego z gości nie zbliżała się w taki sposób? Jestem pewien, że na nikogo innego tak nie patrzyła. A to było tak cholernie przyjemne, że coraz łatwej przychodziło mi zapominanie – a raczej świadome odkładanie na bok – nie tylko o racjonalnym myśleniu, ale też o uważności i wiedzy, że ona wcale nie jest moją znajomą. Ani osobą, z którą bezpiecznie jest tak bezczelnie flirtować.
— Wreszcie. Naprawdę denerwuje mnie, że cały czas odwracasz się do mnie plecami żeby zadowolić innych mężczyzn — powiedziałem, zadzierając lekko podbródek, a spojrzenie wbijając w jej usta, wygięte w lekkim, zadziornym uśmieszku. W naszym wypadku granica między flirtem a groźbami była wyjątkowo cienka, jak widać. — Dawałem ci pięć dni — podjąłem, odpowiadając na jej pytanie zgodnie z prawdą. — Mam nadzieję, że następnym razem nie każesz mi tyle czekać. Ale teraz ja też mam twój numer. I też lubię zaskakiwać ofiary — dodałem z tajemniczym błyskiem w oku.
Mówiliśmy cicho i wydawało mi się, że nikogo nasza rozmowa nie interesuje. Skupiony na Lanie, zignorowałem otoczenie, jak mi się wydawało pijanych młodych mężczyzn i zgorzkniałych starców, głupiutkich kokietek i dojrzałych kobiet. Dlatego co prawda kątem oka zarejestrowałem, że siedzący po mojej lewej stronie mężczyzna się podniósł i zostawił na stole pieniądze ze sporym napiwkiem, ale nie pomyślałem, żeby zainteresować się nim bardziej; przyglądnąć się jego twarzy. Zupełnie zwyczajnej, jak przeciętnego pracownika korporacji przychodzącego co noc w miejsce takie jak to, żeby odpocząć po pracy.
Nie wiedziałem, że jeszcze kiedyś przyjdzie mi – a może nam – za to zapłacić. Nie interesowało mnie to. Teraz zajęty byłem sobą i swoją fascynacją Laną Gold. Jak prawdziwy nowicjusz.

@GT - Tyler